Psychopata o twarzy misia. Rozmowa z Jerzym Palem

O demonicznych rolach, roztańczonych dziewczętach, mobilizującej tremie i byciu kolegą Mela Gibsona – rozmawiamy z Jerzym Palem, aktorem Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.

Jak zaczęła się Pana przygoda z teatrem?

Wszystko zaczęło się na początku siódmej klasy szkoły podstawowej. Nasza klasa przygotowywała „Balladynę” Juliusza Słowackiego, a kolega, który miał zagrać Kirkora zachorował. Mnie nie było w obsadzie, bo nauczycielka nie widziała mnie w tym przedstawieniu, ponieważ byłem chłopakiem dosyć nieśmiałym i niezrywnym. Postanowiłem, że powalczę o tę rolę, a kiedy ją dostałem, nie odpuściłem. W domu ćwiczyłem przed lustrem, nawet zrobiłem sobie drewniany mieczyk, który owinąłem sreberkiem. Po spektaklu nauczycielka powiedziała, że nie spodziewała się po mnie, że pójdzie mi tak dobrze.

Jak trafił Pan do Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie?

Do Tarnowa zaprosił mnie w pierwszej połowie 2011 roku dyrektor Edek Żentara. Wystąpiłem wtedy w spektaklu „Brat naszego Boga” Karola Wojtyły w reżyserii Tomka Piaseckiego. Po śmierci Edka dyrektor Rafał Balawejder zaproponował mi etat. Natomiast pierwszy raz do Tarnowa przyjechałem w latach 80. na międzywojewódzki konkurs recytatorski. Zostałem wtedy zmiażdżony, ponieważ po konkursie jeden z jurorów powiedział, że przykładem dobrego recytatora jest Jerzy Pal z Krakowa, który jest również przykładem osoby, która wybiera najgorsze, prawie trzeciorzędne teksty. Chodziło mu o „Sól ziemi” Wittlina i o fragment, w którym kapral rozkazuje głównemu bohaterowi nasikać do chłodnicy karabinu maszynowego, żeby można było z niego dalej strzelać. „Jak to można o moczu recytować??” – tak mnie podsumował. (śmiech)

W „Porachunkach z katem” w reżyserii Marcina Hycnara wcielił się Pan w postać Billa, stałego bywalca baru, który nie rozstaje się z kuflem piwa. Czy zdarzyło się Panu zagrać kiedyś na choćby lekkim rauszu?

Dobra, przyznam się. Będąc w szkole teatralnej miałem zagrać Romea w spektaklu „Romeo i Julia” w gdańskim Teatrze Wybrzeże. Strasznie się wtedy stresowałem i postanowiłem skorzystać z porady naszego profesora, który powiedział nam, że na tremę najlepiej wypić seteczkę. Niestety nie wziąłem wtedy pod uwagę, że profesor był „dużo pijącym”. Przed wejściem na scenę wypiłem kieliszek na rozluźnienie i do dzisiaj cieszę się, że nie był to spektakl dyplomowy z udziałem komisji, tylko premiera w teatrze. Po pierwszej scenie koledzy wzięli mnie pod ramiona i zaprowadzili do łazienki. „Chłopie, coś ty zrobił?” – zapytali, a ja odpowiedziałem, że wypiłem kieliszek dla kurażu. Okazało się, że alkohol poszedł mi na dykcję i zacząłem bardzo wolno mówić. Na całe szczęście w następnej scenie nie pojawiał się mój bohater i koledzy mogli włożyć mi głowę pod umywalkę, żebym chociaż trochę wytrzeźwiał. Potem zagrałem do końca, ale powiedziałem sobie, że nigdy więcej.

A w „Porachunkach z katem” pijecie prawdziwe piwo?

W „Porachunkach z katem pijemy” piwo bezalkoholowe, ale nawet sami producenci podkreślają, że może być od 0,5% do 1% alkoholu, więc pod koniec spektaklu bywa wesoło.

Zagra Pan jeszcze „Kolegę Mela Gibsona”?

„Kolegę Mela Gibsona” zagram, ale już nie w tarnowskim teatrze. Władze Solskiego wyraziły zgodę na moją samodzielną eksploatację tego monodramu. Od czasu premiery w 2011 roku zjeździłem z tym przedstawieniem całą Polskę, od Zakopanego aż po morze, otrzymując kilka nagród, m.in. we Wrocławiu i w Olsztynie. Bardzo lubię grać „Kolegę Mela Gibsona” i cieszę się, że widzowie za każdym razem reagują pozytywnie. Jak jadę w dłuższą trasę, zamiast słuchać radia, powtarzam sobie ten tekst. Prawdopodobnie powtórzyłem go już ponad tysiąc razy, a zagrałem ponad sto. Rozmawiałem też z Tomkiem Jachimkiem, autorem monodramu, który zgodził się, żeby tantiemy z występów przeszły na mnie.

Zawędrował Pan z „Kolegą Mela Gibsona” nawet do zakładu karnego.

Wystąpiłem kiedyś w zakładzie karnym w Mościcach. Pamiętam, że więźniowie ryknęli śmiechem, jak opowiadałem, że zostałem złapany przez policjantów pół godziny po napadzie. Trochę mnie to zdziwiło, bo nigdy widownia nie wybuchała w tym momencie chóralnym śmiechem. Bo niby, co w tym śmiesznego, że faceta złapała policja? Po przedstawieniu podszedł do mnie wychowawca i powiedział, że wśród tych więźniów był taki, który też został zatrzymany pół godziny po napadzie i reszcie się to wtedy przypomniało.

Gra Pan również w filmach i serialach. W jednej z produkcji telewizyjnych zagrał Pan mordercę. Podejrzewam, że większości widzów Solskiego ciężko byłoby sobie Pana wyobrazić w takiej roli.

Zagrałem nauczyciela mordercę w serialu „Przeznaczenie”, w którym, nawiasem mówiąc, pojawiła się na ekranie prawdziwa wróżka. Moja postać ma skłonności psychopatyczne, które wynikają z tego, że nie potrafi nawiązywać normalnych relacji z kobietami. Jest starym kawalerem przy kości i notorycznie zakochuje się w swoich koleżankach nauczycielkach, ale nie mówi im o tym, a gdy któraś wychodzi za mąż, on czuje się zdradzony. Jedna z jego miłostek kończy się tragicznie. W końcu nie wytrzymuje i dokonuje morderstwa. Jestem wdzięczny reżyserowi serialu, Mariuszowi Palejowi, że obsadził mnie w takiej fantastycznej roli. A wziął mnie z powodu fizjonomii poczciwego człowieka. Dzięki niemu spełniło się jedno z moich marzeń, żeby zagrać wbrew swoim warunkom.

Czyli lubi Pan takie wyzwania?

Uwielbiam! Najbardziej pociągają mnie role, w których mogę namieszać, ponieważ ludzie nie spodziewają się, że człowiek z twarzą pociesznego misia może zagrać np. mordercę. Lubię, kiedy grana przeze mnie postać jest niejednoznaczna i skrywa jakąś demoniczną tajemnicę.

A ta wróżka coś Panu wywróżyła?

Niestety nie mieliśmy okazji spotkać się na planie. Ja mordowałem w nocy, ona pomagała policjantom w dzień. (śmiech)

Ma Pan też na swoim koncie rolę antybohatera w teledysku tarnowskiej grupy rockowej Harissa.

W teledysku Harissy do utworu „Kłamcy” wcieliłem się w tytułowego kłamcę, który oszukuje nawet swoich własnych ludzi, nie szanuje kobiet, a najważniejszymi wartościami są dla niego władza i pieniądze. Jest to niezwykle ciekawa postać, również niejednoznaczna, bowiem choć istnieją przesłanki, że może być kimś związanym z polityką, to nie do końca wiadomo, czy tak właśnie jest.

Lubi Pan tańczące dziewczyny?

Oczywiście. Muszę Panu powiedzieć, że kiedyś tańczyło wokół mnie blisko sto dziewczyn. (śmiech)

To miał Pan szczęście. (śmiech)

Zanim zostałem antybohaterem w teledysku Harissy, wystąpiłem też w dwóch innych. W jednym z nich, zespołu Queens, do utworu „Everybody Loves the Sunshine”, byłem bogatym biznesmenem, który podjeżdża czarnym automatykiem na myjnie. Po chwili okazuje się, że jego samochód, nie wiedzieć czemu, znajduje się na plaży, a wokół niego tańczy prawie setka dziewczyn. Wydawać by się mogło, że jesteśmy w ciepłych krajach, ale nic bardziej mylnego. Kręciliśmy ten teledysk nad Zalewem Zegrzyńskim na początku maja. Zaczynaliśmy rano, kiedy termometr pokazywał minus dwa stopnie. W dzień było ciepło, ale wieczorem temperatura znów spadała, a my musieliśmy grać w podkoszulkach i spodenkach.

Czyli nie wszystko jest tym, na co wygląda.

Dokładnie. Byłem kiedyś twarzą herbaty Sagi. Podczas jednej kampanii reklamowej odbyłem podróż życia do Chile. W środkowej części tego kraju, w pięknym obozowisku pod Santiago kręciliśmy polską wieś.

W ilu reklamach można było Pana zobaczyć?

Wystąpiłem w blisko pięćdziesięciu filmach reklamowych. 

W filmie „TodMachine” zagrał Pan inżyniera Fritza. Jak Pan wspomina pracę na planie, wszakże kino nieme wymaga zupełnie innego rodzaju ekspresji aktorskiej?

Pracę na planie zdjęciowym „TodMachine” wspominam w samych superlatywach. W produkcjach telewizyjnych często zarzucano mi, że gram zbyt teatralnie i mówiono, żebym ograniczał mimikę. A tu nagle pozwolono mi robić z twarzą, co tylko chcę. Byłem zachwycony, ponieważ wreszcie mogłem się wyżyć. Grałem twarzą i bardzo podobał mi się ten rodzaj ekspresji.

Chyba widziałem też Pana w „Ślepnąć od świateł”.

Od premiery serialu wszyscy mnie o to pytają. W pierwszym odcinku wcieliłem się w rolę wujka głównego bohatera. Niby niewielki epizod, a wpłynął na moją rozpoznawalność. Ja niestety nie widziałem, ponieważ nie mam HBO. (śmiech)

Często pojawia się Pan w spektaklach skierowanych do młodszej publiczności. Ciężko jest przykuć w obecnych czasach uwagę młodego widza?

Kiedyś zauważono, że mam dobry kontakt z dziećmi i tak już zostało. Wydaje mi się, że praca z dziećmi jest bardziej wymagająca, bo takiego widza nie da się oszukać. W spektakle dla najmłodszych trzeba włożyć więcej prawdy, ponieważ dziecko wyczuje, czy gram na odczepne i nie będzie chciało mnie oglądać.

Miewa Pan jeszcze tremę?

Często mam tremę, ale nie rozwalającą, tylko mobilizującą. Mam szacunek do widza i nigdy nie odpuszczam. Chcę być aktorem prawdy w każdej sztuce.

W „Królu Maciusiu Pierwszym”, ostatniej premierze tego sezonu, miał Pan okazję pracować z trzema chłopcami, którzy wymiennie wcielają się w główną rolę. Jak wyglądała ta praca?

Najbardziej męczące były próby. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej pracowałem w takim trybie. Za każdym razem powtarzaliśmy całość trzy razy, żeby żaden Maciuś nie był pokrzywdzony. To było wymagające i wyczerpujące przeżycie, ale jednocześnie niewiarygodnie twórcze, bo chłopcy naprawdę się starali i każdy z nich jest inny w roli Maciusia.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Krystian Janik