Powstanie listopadowe na ziemi tarnowskiej.

Przełom listopada i grudnia to czas, kiedy wspominamy najdłuższy zryw niepodległościowy w historii Polski – powstanie listopadowe. Wybuchło ono u schyłku listopada (29 dnia tego miesiąca) 1830 roku w Warszawie, ale wieści o jego rozpoczęciu dotarły do Tarnowa w pierwszych dniach grudnia. Oczywiście, ze względu na uwarunkowania polityczne (Tarnów znajdował się w zaborze austriackim, a powstanie wybuchło w zaborze rosyjskim), działania powstańcze objęły tylko ziemie zaboru rosyjskiego, ale to nie znaczy, że mieszkańcom Tarnowa i okolic sprawa niepodległości Ojczyzny była obojętna.

Galicja cieszyła się dość dużymi swobodami, a dodatkowo Austria zaangażowana była w owym czasie w rewolucję we Włoszech. To wszystko sprawiło, że choć zasadniczo Austriacy zabraniali wspierania działalności wyzwoleńczej, to ich zaabsorbowanie sprawami włoskimi sprawiło, że niezbyt pilnowali porządku w Galicji. Dzięki temu, pod nosem władz zaborczych, jak grzyby po deszczu powstawały i działały prężnie rozmaite komitety pomagające powstańcom listopadowym. W pomoc dla walczących włączyły się kobiety różnych stanów, zarówno przedstawicielki mieszczaństwa, jak i szlachty. Zbierano pieniądze, odzież, środki opatrunkowe. Organizowano kwesty, koncerty, przedstawienie, z których dochód przeznaczano na zakup amunicji, broni, czy po prostu wsparcie finansowe powstania. Parafie oddawały nawet dzwony kościelne, aby można było przetopić je na armaty (jak wiemy, jedne i drugie odlewano ze spiżu – stopu miedzi z cyną, cynkiem i ołowiem, twardego, odpornego na korozję i ścieranie). Wszystko to trzeba było jednak jakoś dostarczyć przez granicę zaborów. Robiono to na wszelakie możliwe sposoby, mniej lub bardziej ryzykowne, a pomysłowość przemycających pomoc dla powstania nie miała granic. Odważne niewiasty wykorzystywały modne w owym czasie szerokie spódnice, aby w fałdach obfitych halek przemycać pieniądze, drobne przedmioty, materiały opatrunkowe.

Ale Galicja, w tym Ziemia Tarnowska, zasilała powstanie listopadowe nie tylko strumieniem pomocy materialnej. Wielu mężczyzn, młodszych i starszych, bardziej lub mniej legalnie przedostawało się przez granice, aby dołączyć do powstańczych oddziałów. I nie były to małe grupki zapaleńców-patriotów! Z samych tylko okolic Pilzna do powstania dołączyło około tysiąca mężczyzn. Wielu było też samych tarnowian, mieszkańców miasta i okolic. Większość z nich zasiliła szeregi słynnej Legii Nadwiślańskiej, która stacjonowała w Staszowie, oraz tzw. „Chorągwi Złotej Wolności”. Nie sposób wyliczyć wszystkich tarnowian, którzy przyłączyli się do powstania listopadowego. Przywołajmy jedynie nazwiska tych bardziej znanych, spośród których wielu stało się później, już po upadku powstania, wybitnymi postaciami życia społecznego, gospodarczego i politycznego naszego miasta. Należeli do nich m.in. Rufin Piotrowski, Franciszek Habura, Teofil Chmielewski, Adolf Kamieniobrodzki, Karol Ostoja Polityński i wielu, wielu innych.

Do najbardziej znanych osób, związanych z Tarnowem, którzy zapisali się chlubnie w powstaniu listopadowym, należą niewątpliwie: generał Józef Bem, Kazimierz Brodziński i dwaj bracia z książęcego rodu Sanguszków: Roman Adam, nazwany później Sybirakiem i jego młodszy brat Władysław. Zarówno generałowi Bemowi, jak i Kazimierzowi Brodzińskiemu oraz Romanowi Sybirakowi Sanguszce należą się osobne artykuły. W tym jednak chciałabym oddać zasłużoną sprawiedliwość zapomnianemu już Władysławowi Sanguszce.

Władysław Sanguszko, patriota ze znanego rodu, szybko zyskał zaufanie dowódców powstania. Już w lutym 1831 roku został podporucznikiem w przybocznym sztabie naczelnego wodza powstania, księcia Michała Radziwiłła. W kwietniu tego samego roku pełnił funkcję adiutanta polowego generała Skrzyneckiego, a we wrześniu oddelegowano go do sztabu generalnego generała Małachowskiego. W tarnowskiej Bibliotece Publicznej zachowało się kilka listów pisanych przez niego m.in. do generałów Chłopickiego i Skrzyneckiego. Władysław Sanguszko zapisał się również jako jeden z bohaterów bitwy pod Olszynką Grochowską, a za swoje zasługi oddane w powstaniu odznaczono go Krzyżem Virtuti Militari. Po upadku powstania, który nastąpił w październiku 1831 roku, Władysław Sanguszko powrócił do Gumnisk. Był tak zmieniony – wychudzony, obdarty, zabiedzony i wyniszczony – że żona, Izabella z Lubomirskich Sanguszkowa, ledwie go poznała. Do końca swoich dni wspominał czas spędzony na polach bitewnych i w sztabach generalskich powstania, opowiadając o tym swoim dzieciom i przykazując, aby nigdy nie zapomniały tamtych dni.

Powstanie listopadowe upadło. Nie będziemy tu rozpatrywać przyczyn. Na wiele lat stało się jednak, i jest do dziś, przykładem heroicznej walki Polaków o niepodległość. To „szaleństwo umiłowania wolności” po 123 latach niewoli przyniosło nam jednak upragnione odrodzenie państwowości.

źródło fot./www tarnow.pl