O złodziejskich procederach sprzed wieków, które wydarzyły się w Tarnowie.

Co za czasy! – westchnie niejeden z naszych Czytelników, kiedy dowiaduje się, że ktoś, komuś, coś tam, ukradł, buchnął, podprowadził. Jakby złodziejstwo było wynalazkiem naszych czasów?! Ha! Wystarczy zajrzeć do dawnych rejestrów i akt sądowych, aby dowiedzieć się, że i w dawnych wiekach nie brakowało mniejszych i większych złodziejaszków. Ba! Zdarzały się procesy tych, którzy złodziejskim procederem trudnili się niejako zawodowo, pod przykrywką innych, niewinnych zajęć. Rozsiądźcie się więc wygodnie i pozwólcie, że przeniosę Was na salę sądu miejskiego tarnowskiego, który w wieku osiemnastym różne złodziejskie sądził przypadki…

Rynek Tarnowski – mal. Zygmunt Vogel

Ukraść można wszystko. A bywa, że złodziej, dotąd niewinny, okolicznościami przymuszony, porywa się na cudzą własność. W roku 1769 do przestępstwa doprowadziła… miłość. Zakochany młodzieniec, pragnąc lubej swojej nieba przychylić, zakradł się do ogrodu sąsiada, skąd wyniósł pęk wonnego rozmarynu na… ślubny wianek dla ukochanej. Najwyraźniej miłosne odurzenie uznano za okoliczność łagodzącą, albowiem sąd skazał amatora pachnącego ziółka na kilka godzin aresztu, a ślub odbył się bez przeszkód w wyznaczonym terminie. Atoli źródła historyczne nie podają, czy panna młoda, idąc do ołtarza, przystrojona była w wianuszek z trefnego towaru… I zastanawiam się też, czy zaślepiony miłosnym afektem młodzian nie pomylił czasami roślinek, bo o ile wiem, na ślubne wianki używało się mirtu raczej, niż rozmarynu… Ale kto wie… Może zakochanemu czy też jego miłej rozmaryn ładniej pachniał… Zwłaszcza cudzy…

Ciekawa też jestem, czy to miłość do żony, czy może raczej cwaniactwo i chciwość kierowały pewnym tarnowianinem, Jakubem Wójcikiem, który udał się na „gościnne występy” do Skalmierza. Sprytnie zresztą przygotował się do swojego „wielkiego skoku”. Przez kilka lat udawał czeladnika u pewnego zamożnego człowieka parającego się wyrabianiem i sprzedażą płótna i nici. W ten sposób poznał dobrze rozkład domu, stopień zamożności gospodarza, wyśledził, gdzie ten trzyma kosztowne przedmioty i pieniądze. Przygotowawszy plan, przystąpił do jego realizacji. Przez piec kuchenny dostał się do przyległej izby, wyjmując z pieca kilka kafli. Odnalazł klucz do zamczystej skrzyni, otworzył ją bez problemu i zabrał z niej worek pieniędzy oraz klucz do kuferka, z którego ukradł sznury pereł, pierścienie, srebrny krzyż wysadzany drogimi kamieniami oraz kilka sztuk cenniejszej odzieży. To uczyniwszy, spokojnie opuścił dom poszkodowanego pod osłoną nocnych ciemności i dotarł do Tarnowa, gdzie ukrył łupy, a żonie powiedział o nich dopiero po sześciu tygodniach. Zastanawiam się, czemu tak długo z tym zwlekał. Bał się żony, sprawiedliwości sądowej, czy też potrzebował czasu, żeby sprzedać ukradkiem swoją zdobycz? Ramię sprawiedliwości dosięgło jednak naszego bohatera – został ujęty i osądzony. O reakcji żony na „dokonania” mężusia akta sądowe milczą…

Nie tylko indywidulane złodziejskie wyczyny notują dawne sądowe akta naszego miasta. Złodziejskim procederem parały się też… rodzinne szajki. Jedną taką sądzono w roku Pańskim 1756. W kradzieży udział brali, z mniejszym lub większym zaangażowaniem, rodzice, ich synowie oraz zięć… Poszkodowanym w tej sprawie był tarnowski Żyd, któremu skradziono skrzynkę z pieniędzmi i cenniejszymi przedmiotami. Cała rodzina brała udział najpierw w kradzieży, a potem w ukrywaniu łupów. Sąd, naradziwszy się, wziął pod uwagę ubóstwo i starość rodziców, nakazując im zwrot pieniędzy okradzionemu i zapłatę niewielkiej grzywny sądowi. Młodsi członkowie rodziny, oprócz konieczności zapłaty grzywny, odebrali też karę chłosty rózgami.

Sądzili się też tarnowianie o… dzieci. I przy tej okazji również różne sprawki wychodziły na światło dzienne… Tak było, kiedy tarnowski szewc, niejaki Jeżowicz, pozwał do sądu kupca Karola Szmida, ponieważ ten zbił jego nieletniego syna i uderzył go w twarz. Niemałe musiało być zaskoczenie ojca, gdy dowiedział się podczas rozprawy, co potwierdzili świadkowie, że jego potomek bynajmniej nie oberwał za niewinność. Chłopiec, zatrudniony przez kupca do przebierania rodzynek, ukradł ich cztery funty, czyli około dwóch kilogramów. Raczej za dużo, żeby zjeść, chyba że chciał sobie to podzielić na mniejsze porcje i delektować się przez kilka dni przysmakiem… Sprawa skończyła się polubownie, jako że ojciec, uświadomiony o niecnym postępku swojej latorośli, przeprosił kupca.

Nie zawsze jednak procesy miały tak, w gruncie rzeczy, szczęśliwe zakończenie dla oskarżonych. O ile sprawców pojedynczych wykroczeń sąd traktował dość łagodnie, dając szansę poprawy, stosując karę cielesną, grzywnę, bądź wydalając z miasta bez prawa powrotu, o tyle dla recydywistów nie było zmiłuj. Ci często „badani” byli podczas przesłuchań, co oznaczało po prostu tortury, takie jak na przykład rozciąganie, przypalanie… A kiedy już oskarżeni przyznali się do wszystkich swoich niecnych czynów, mniejsza, czy ze szczerości, czy z bólu, dla uniknięcia dalszych „badań”, bywało, że wyrok zapadał najsurowszy – stryczek lub ścięcie.

Tarnowska Katedra z 1800 r. – mal. Zygmunt Vogel

Tak skończyły się złodziejskie wyczyny niejakiego Wrony, mieszkańca Klikowej, który wędrował po miastach i wioskach, docierając aż do Lublina i na Ruś, gdzie najmował się do służby i okradał swoich pracodawców, ale nie tylko, bo, jak zeznał, zabierał też, co się dało, nawet drobiazgi, chłopom, rzemieślnikom, kobietom idącym na targ. Nic nie pomagały kary cielesne, areszty. Aż wreszcie sprawiedliwość dopadła go w naszym grodzie. Dziś powiedzielibyśmy, kleptoman, może skierowalibyśmy na leczenie, resocjalizację. Wtedy wyrok brzmiał – stryczek.

To samo spotkało innych nieszczęśników, jak chociażby Wojciecha Siedlika. Tenże młody mężczyzna, dwudziestoośmiolatek, z kradzieży uczynił swego rodzaju sport. Tak samo, jak wyżej wspomniany Wrona, najmował się do służby i kradł, często nawet drobiazgi, które później sprzedawał, wymieniał, a bywało, że… dawał w prezencie. Tak było z chustką, którą ofiarował siostrze, ale co z tego, kiedy, niejako w zamian za upominek… ukradł jej sukmanę… A że, poddany naciąganiu, przyznał się jeszcze, że po pijanemu obcował cieleśnie, i to dwukrotnie, z… krową swojej matki, przeto skazany został na ścięcie mieczem i spalenie na stosie.

Bywało jednak i tak, że ujętego nawet po świętokradzkim czynie winowajcę traktowano nadspodziewanie łagodnie i nie karano śmiercią. O wielkim szczęściu mógł mówić osiemnastoletni syn zacnych tarnowskich mieszczan, Jacenty Zajączkowski. Młodzian ów, zapewne dla zysku pieniężnego, dopuścił się kradzieży w tarnowskiej kolegiacie, skąd zabrał wota, którymi ozdobione były obrazy i ołtarze. Były to srebrne serca, zdjęte z ołtarza św. Jana Kantego, które, połamane na kawałki, odsprzedał żydowskim kupcom. Targnął się też na obraz Matki Boskiej Szkaplerznej, ściągając z niego, pod nieuwagę kościelnej służby, sznury korali, które ozdabiały postaci Maryi i Dzieciątka. Przed nie lada wyzwaniem stanął teraz sąd tarnowski, wysłuchawszy dobrowolnych, szczegółowych i obszernych zeznań winowajcy. Z jednej strony świętokradztwo karano śmiercią, bez dwóch zdań. Z drugiej strony, młodzieniec cieszył się dotychczas nieposzlakowaną opinią, był synem szanowanych rodziców, a skradzione przedmioty zostały zwrócone. Po dokładnym rozeznaniu sprawy zawyrokowano, że Jacenty otrzyma publicznie, pod pręgierzem, dwieście plag rózgami i zostanie wydalony z Tarnowa, a zanim opuści miasto, pójdzie jeszcze do spowiedzi i odprawi nałożoną przez kościelną instancję pokutę.

Na korzyść dawnych tarnowskich sądów należy przyznać, że kiedy oskarżonemu nie udowodniono winy, bądź pod przysięgą zeznał, iż nie popełnił zarzuconego mu czynu, uniewinnionego nie tylko puszczano wolno, ale także publicznie odwoływano oskarżenie, przywracając mu tym samym dobre imię. Bywało też, że oskarżającemu niesłusznie nakazywano wynagrodzić oskarżanemu, jak byśmy to dziś określili, „szkody moralne”.

Oj, działo się działo w tym naszym Tarnowie przed wieloma laty! Obiecuję, że jeszcze wrócimy do większych lub mniejszych zbrodni, których dokonywano w tarninowym grodzie.

Maria Polaczek

źródła fot. www.pinakoteka.zascianek.pl, www.pl.wikipedia.org