W paszczy tradycji i nowoczesności, czyli rozmowy o Polsce śpiewem przeplatane

Narodowe Święto Niepodległości jest obchodzone corocznie 11 listopada, zaś w 2018 roku przypada jego setna rocznica. Wyrywanie się z ciemiężących kajdan zaborców nie nastąpiło nagle i niespodziewanie, albowiem proces ów rozpoczął się znacznie wcześniej, zaś celebrowana po dziś dzień data jest symboliczna. Niektórzy wybór tego dnia zestawiają z datą dzienną podpisania przez państwa Ententy i Cesarstwo Niemieckie rozejmu w Compiègne, który przyniósł kres I wojnie światowej. Być może to tylko niuans, ale jeśli zbierze się takowych więcej, to na ich postawie można sklecić scenariusz i wepchnąć go na teatralną scenę. I tak właśnie uczynili twórcy spektaklu muzycznego „Warto było”.

Tarnowska premiera „Warto było” odbyła się 9 listopada w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. Spektakl powstał w kolaboracji z Akademią Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, a aktorom tarnowskiego teatru towarzyszyli na scenie studenci Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej, kierunku aktorstwo Teatru Muzycznego. Scenariusz powstał na podstawie prawdziwych opowieści zwykłych ludzi pamiętających niepodległościowe wydarzenia, udokumentowanych w zbiorach warszawskiej Biblioteki Narodowej, które przejrzał i wyselekcjonował Michał Pabian. Za reżyserię wziął się Cezi Studniak, który obchody 100-lecia niepodległości naznaczył piętnem niezrozumienia przez Polaków tego, co w dniu 11 listopada świętują.

I tak oto Joaśka Barchan (Ewa Sąsiadek), Generał Komitetu Specjalnego IV Batalionu Rezerwy im. Józefa Piłsudskiego Departamentu Do Zadań Specjalnych Komitetu Organizacji Parady Radości Pokoju Wolności i Szczęścia Anno Domini 2018 spotka się z kaowcem Markiem Kosiuszkiem (Mikołaj Kłosiewicz) w celu uzgodnienia najlepszego scenariusza obchodów 100-lecia niepodległej Polski. Pomiędzy nimi snuje się na scenie rozkapryszona Polonia Restituta (Matylda Baczyńska), która w ciągu tych wszystkich lat poszła z duchem czasu i nabrała ulicznych przyzwyczajeń. Pełna obojętności i sprzeczności nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić i co rusz podryguje w chochołowym tańcu, ale robi to na nowoczesną modłę. Wszak bezużyteczny ruch niczym nie różni się od bezruchu, jedynie sprawia pozory czegoś bliżej nieokreślonego. Generałowej marzy się pompatyczna impreza i celebrowanie wszystkiego co się da, łącznie z przywróceniem marmolad galicyjskich. Natomiast Marek podchodzi do sprawy bez większego entuzjazmu. Jednakże na scenie zaczynają pojawiać się upiory przeszłości i próbują rzecz rozjaśnić, aczkolwiek zgoła innym światłem.

Pojawienie się uczestników wydarzeń z 1918 roku wprowadza szczątkową narrację, chaotyczność i nadmierną ekspresję sceniczną, w której treści giną niczym piszczele w zbiorowych mogiłach. Pośród tych szczepów wirują historie o bratobójczych strzałach, upodlonych arystokratkach, zamordowanych w imię wolności zakonnicach, dziewczętach oddających swe ciała jednego dnia pięknolicym ułanom, drugiego zaś zaborcom, takoż o pozbawionej kończyn dziatwie reprezentującej bohaterstwo i poświęcenie dla niepodległej Polski. A pomiędzy widmami przechadza się bezimienny człowiek, nazwany Tutejszym (Kamil Urban), który przypomina, że trzeba kopać, bo pod powierzchnią leżą trupy. Kopać, a najlepiej przekopywać, bo nie wiadomo, co to za trupy, przecież jest ich tak wiele. Dialogi przeplatają się z pieśniami – i chwała za to twórcom, albowiem dzięki wokalno-muzycznym fragmentom młodzi adepci aktorstwa mogli zaprezentować się od jak najlepszej strony. Dzięki świetnym aranżacjom ocierającym się o różne style, m.in. operetka, dance, muzyka elektroniczna czy pieśń żołnierska, spektakl nie pozostawił po sobie złego wrażenia i nie można jednoznacznie rzec, że jednak nie warto było.

„Warto było” jest opowieścią o zobojętniałej Polsce i Polakach, którzy uwielbiają świętować, ale robią to w sposób biesiadny, nie zastanawiając się nad wymiarem uroczystości. Elity (o ile jeszcze można tak nazwać rządzących) zakreślają w narodowym kalendarzu kolejne święta, a przeszłe pokolenia przewracają się w grobach – czy to w swoich, czy w zbiorowych – widząc ignorancję i mijanie się z prawdą w celu tworzenia wątpliwej martyrologii. I panuje chaos – w głowach mieszkańców nadwiślańskiego kraju i na ulicach, na niepodległościowych marszach. Chaos zwieńczył również spektakl, ponieważ w finale wszystko, co znajdowało się na scenie obróciło się w ruinę.

Krystian Janik

 Fotografie autorstwa Pawła Topolskiego pochodzą z oficjalnej strony tarnowskiego teatru: http://www.teatr.tarnow.pl/spektakls/view/497