Podwójna dawka rock’n’rolla w Piwnicach TCK, czyli Mercurius i K.A.C zdobywają Tarnów

W piątkowy wieczór Tarnów przypominał opustoszałe miasto z filmów o postapokaliptycznej rzeczywistości. Można by dociekać przyczyny takiego stanu rzeczy, ale w przestrzeni miejskiej wisiały plakaty zapowiadające wspólny koncert dwóch znakomitych lokalnych zespołów – rockowo-metalowej grupy Mercurius i hardrockowego K.A.Ca. Zatem nic dziwnego, że na ulicach ciężko było spotkać żywego ducha.

Do wydarzenia doszło w Piwnicach Tarnowskiego Centrum Kultury, w miejscu magicznym i owianym aurą rock’n’rolla, wszakże właśnie tam stawiały swoje pierwsze muzyczne kroki najlepsze tarnowskie kapele. Mercurius i K.A.C wprawdzie znają już niejedną polską scenę, ale dopiero teraz ich muzyczna ścieżka znalazła się w punkcie węzłowym. Ci pierwsi za sprawą znormalizowania składu zespołu, co umożliwiło im wydanie singla i rozpoczęcie przygotowań do debiutanckiego krążka, zaś drudzy dzięki zwycięstwom w licznych przeglądach, dotarciu Maksa Kwapienia do finału The Voice of Poland i również nagraniu pierwszego oficjalnego singla. Tak więc wspólny koncert był swoistym rozpoczęciem nowego etapu w karierze tych zespołów.

Koncert rozpoczął Mercurius i już od pierwszego numeru dało się usłyszeć, że pomimo trudności personalnych, które nawiedzały zespół, doszło w ich muzyce do ogromnego progresu. To, co na początku tego roku mogło się wydawać jeszcze niedopracowane, zyskało najlepszy szlif. Piwnice TCK niestety nie pozwoliły w pełni rozwinąć kapeli skrzydeł, albowiem ich muzyka potrzebuje znacznie większej przestrzeni, ale to, co zaprezentowali było naprawdę niesamowite. Powiedzieć, że grają na światowym poziomie, to w zasadzie nic nie powiedzieć. Gdyby zamiast podziemnej sceny wyszli w ten piątkowy wieczór na scenę hali muzycznej mieszczącej parę tysięcy widzów, to poradziliby sobie równie dobrze. Gitary braci Kuchyt – Mateusza i Adriana – wytwarzają metafizyczny klimat, który w połączeniu z energicznymi uderzeniami w bębny Jakuba Piotrowskiego i rozwichrzoną, aczkolwiek posiadającą odpowiednie proporcje linią basu działają niczym grzmot w środku upalnego sierpnia. Trudno uwierzyć, że był to pierwszy występ na żywo Patryka Pogana na gitarze basowej. A pośród tej hipertrofii dźwięków rozlegał się silny, a zarazem eteryczny, wokal Mateusza Mazanka. Muzyka tejże kapeli jest misterna, przestrzenna, momentami oniryczna, częściej przywodząca na myśl wyładowania atmosferyczne, a wszystkie jej elementy pozostają w ścisłej symbiozie. I bardzo dobrze, że nie mają w swoim repertuarze kawałka po polsku dla dziewczyn, ani coverów popularnych zespołów rockowych, choć po koncercie było słychać takie sugestie, bo nie jest im to potrzebne, wszak kanwą oryginalności nie jest naśladownictwo.

Następnie na piwnicznej scenie pojawili się panowie z K.A.C-ekipy i rozpętało się piekło. Już po pierwszych dźwiękach gitary prowadzącej, na której zagrał notorycznie wolny (a może po koncercie już nie?) Dominik Sędziak, i gitary basowej, na niej najbardziej rozchwytywany, a raczej rozrywany (o czym później) Karol Podsiadło (czyżby magia nazwiska?), zgromadzone pod sceną dziewczęta zaczęły piszczeć i podskakiwać, jakby wstąpiła w nie jakaś pierwotna siła. Trzecia gitara, oczywiście rytmiczna, w rękach Maćka Węża wyczyniała cuda, a w zasadzie on wyczyniał cuda na niej. Z kolei perkusja płonęła od szybkich uderzeń Piotra Ptaśnika. No i Maks Kwapień, finalista dziewiątej odsłony The Voice of Poland, obdarzony rock’n’rollowym głosem z czasów największej świetności tegoż gatunku, czyli z cudownych, rozgrzanych kalifornijskim słońcem lat osiemdziesiątych. Wehikuł czasu ruszył z pełną parą, a Karol Podsiadło omal nie stracił guzików u swojej koszuli, a nawet całego stroju, za sprawą rozochoconych fanek zespołu. Na szczęście nie wybiło go to z rytmu i wszelkie inne czynności niźli prowadzenie basu zostawił na później. Nie tylko dziewczyny szalały, również chłopcy mieli swój czas, a wtedy zdejmowali koszulki i machali nimi w rytm muzyki. Prekursorem takiego zachowania był niewątpliwie perkusista, który pierwszy obnażył swoja pierś. K.A.C porwał publiczność autorskim hardrockowym repertuarem i kilkoma coverami klasycznych zespołów rockowych. Maks Kwapień „darł mordę” w najlepsze, dziewczyny reagowały na niego jak ongiś na Jima Morrisona, co jest rzecz jasna dobrą wróżbą. I niech mają kaca ci, którzy z jakiegoś nieokreślonego powodu woleli zostać w domu.

Mercurius  i K.A.C na jednej scenie to dwa zupełnie inne rockowe światy. Jednakże przyświeca im ten sam cel – grać jak najlepiej i przekazywać ludziom swoje własne emocje. Miejmy nadzieję, że ich występ w Piwnicach TCK był początkiem wspólnej trasy koncertowej.

Krystian Janik

Fot. Anna Kocik