Mela i Ja.

 

Historia z Melą zaczęła się w październiku ubiegłego roku kiedy przyjechałam latać do Kosova  – ponieważ jestem stewardessą moja firma lotnicza wysyła nas często w delegacje na co najmniej dwa miesiące. I tym razem powrót do domu zapowiadał się dopiero początkiem grudnia. Przez cały ten czas pomiędzy lotami jakie odbywałam, opiekowałam się Melą – suczką, która pojawiła się niedługo po moim przyjeździe na teren kosovskiego hotelu.

To było jak przeznaczenie. Zobaczyłam ją leżącą na trawniku -przestraszoną, wygłodniałą i spragnioną. Od tego momentu wiedziałam, że będzie moja. A skąd się tam wzięła? Według moich przypuszczeń ktoś zwyczajnie ją wyrzucił – wysadził, porzucił – zwał jak zwał, na stacji benzynowej, która znajdowała się naprzeciw hotelu. W opiece i karmieniu Meli pomagali mi koledzy i koleżanki, którzy ze mną pacowali na linii lotniczej. To były nasze początki – nie wiedziałam wtedy jeszcze, że zabiorę ją do Polski i że stanie się ona częścią mojego życia. Decyzje podjęłam po powrocie do domu w grudniu kiedy przyszły gorsze warunki pogodowe. Zrozumiałam, że zimne, wręcz lodowate deszcze i brak jakiegokolwiek schronienia, spowodują, że zginie. Mela wciąż znajdowała się na zewnątrz i bardzo marzła – tak jakby na mnie czekała. Kiedy przyjechałam w połowie grudnia do Kosova, znowu zaczęłam jej dawać regularnie jedzenie, kupiłam nawet koc, który niestety zniknął na drugi dzień – prawdopodobnie zabrali go pracownicy hotelu, bo jak wiadomo zwierzęta wolnożyjące nie są wpuszczane na tereny budynku. Pracownicy wiedzieli o Meli i o tym, że to porzucony pies, ale mimo to nie byli zbyt przychylni na jakąkolwiek pomoc, trzymając się zasad i reguł panujących w hotelu, których musieli przestrzegać. Z każdym dniem było coraz zimniej i niestety przyszedł mróz, śnieg – jednym słowy sroga zima. Pewnego ranka zastałam Mele mokrą, pod jedną z krzewów – szukała zapewne schronienia w zimną noc. Wtedy postanowiłam, że jeśli ja się nią nie zajmę w pełni, pozostanie tak bez wsparcia i pomocy – dlatego zaczęłam wszystko organizować wraz z niezbędną dokumentacją- weterynarza, paszport i kontener do przewozu.

Do kliniki weterynaryjnej w Kosovie zawiózł mnie właściciel schroniska w Prishtinie. Mela w końcu była zaszczepiona, przebadana, zaczipowana i gotowa do podroży. Okazało się, że logistycznie nie było to takie łatwe. Pomogła mi moja firma, w której też pracują miłośnicy zwierząt, zwłaszcza psów. Długo czekałam, aż wszystko pozapina się na ostatni guzik. To były dni niepewności i bojaźni, że zostaniemy z Melą rozłączone. Niestety moja firma lotnicza nie miała dużego wyboru jeśli chodzi o połączenia ze względu na trwającą pandemie. Ale udało się. Mela opuściła Kosovo i poleciała ze mną najpierw do Monachium, gdzie spędziłyśmy noc w hotelu, a następnego dnia wyruszyłyśmy samolotami Lufthansy do Frankfurtu i stamtąd do Warszawy.

Niestety w stolicy Mela została przyprowadzona do mnie w rozbitym kontenerze, który został uszkodzony przez niemiecki personel naziemny, ładujący bagaże do cargo. Musiała być w strasznym stresie, gdyż na jej kontener rzucono coś bardzo ciężkiego, skoro pękł a ona pełna strachu była w stanie wygryźć w nim dziurę. Pracownikom w Warszawie trudno było ja wyciągnąć z cargo bo jej szyja i głowa wystawały poza kontener. Oczywiście zgłosiłam zażalenie do Lufthansy i wciąż czekam na odpowiedź, ale nie mogłam tego tak po prostu zostawić, ponieważ mój pies narażony był na śmierć z tego powodu – zlekceważenia, bo transportuje się żywe stworzenie i bezmyślności, że można zrobić jej wielką krzywdę nawet nieumyślnie. Całe szczęście Meli nic się nie stało i zachowała swój wewnętrzny spokój – pewnie dlatego, że sama wiele przeszła. Potem czekała nas jeszcze szybka podróż Pendolino Warszawa – Tarnów. Na szczęście na dworzec nie musiałyśmy korzystać z miejskiego transportu, gdyż w dostaniu się na peron pomogła mi koleżanka Ania, która zabrała nas swoim samochodem, za co jesteśmy jej bardzo wdzięczne.

I tak oto, po długiej podróży i niemałym zawirowaniom na niemieckich lotniskach Mela jest już szczęśliwie ze mną w domu. Poznaje swoje otoczenie, gdyż często chodzimy razem na spacery. Uczy się środowiska, w którym będzie teraz żyła w spokoju i szczęściu.  Czekają nas jeszcze wizyty weterynaryjne i wywiady, ale myślę, że to nic w porównaniu do wycieczki jaką przemierzyła, a były to tysiące kilometrów z Kosova do Polski, trzema samolotami i na końcu pociągiem. Jest naprawdę grzecznym i cudownym psem, która teraz ma wokół siebie to czego najbardziej potrzebuje, moją miłość i ciepły dom.   

Dominika Anna Kleszcz