Let’s talk about…Pomoc domowa.

               Wtorkowy spektakl w tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego to już czwarta propozycja konkursowa podczas XXIII Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii Talia i może okazać się bezkonkurencyjna! Pomoc domowa przyciągnęła bowiem tłumy, dosłownie. Miejsca brakowało nie tylko na siedzeniach, ale też na schodach, niemniej warto było znieść wszelkie drobne niewygody, by zobaczyć dobre przedstawienie w wykonaniu gwiazdorskiej obsady. Trzeba też wspomnieć, że był to drugi występ, po Księżniczce na opak wywróconej, nagrodzony przez publiczność tak gorącymi owacjami na stojąco.

               W czym tkwi sukces Pomocy domowej? Zaczyna się już u podstawy! Autorem przezabawnej sztuki jest Marc Camoletti, malarz i dramatopisarz francuski. Przebojem okazała się jego komedia, Boeing Boeing, która w 1991 roku ze względu na rekordową liczbę wystawień, bo aż 17 500 w 55 krajach, została wpisana do księgi Guinnessa. Dalsze losy bohaterów widzowie mogą śledzić właśnie w Pomocy domowej, która również wystawiana była kilkadziesiąt tysięcy razy na całym świecie. Na język polski przełożył ją niezwykle umiejętnie Bartosz Wierzbięta, autor dialogów do takich znanych produkcji jak Shrek, Madagaskar, Nowe szaty króla i wiele innych. To on sztukę tę dostosował nieco do polskich realiów, sprawiając, że humor słowny przez całe przedstawienie trzymał bardzo wysoki poziom. Trzeba też w końcu wspomnieć o reżyserce (i zarazem aktorce), bowiem bez wątpienia to właśnie nazwisko Krystyny Jandy tak przyciągnęło widzów. Wspomnijmy tylko, że jest uznawana za jedną z najpopularniejszych i najzdolniejszych polskich aktorek filmowych i teatralnych, poza tym, jak mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy, to także utalentowana reżyserka, a przy tym dyrektorka artystyczna Teatru „Polonia” oraz Och-Teatru w Warszawie. To właśnie ten ostatni (lecz nie jako pierwszy, bowiem Pomoc domową wystawiały wcześniej także inne teatry) zaprosił 9 września 2017 na premierę dzieła Camolettiego. Co ciekawe, właśnie ta sztuka zapoczątkowała styl zwany teatrem bulwarowym (w tym farsy właśnie), który charakteryzuje się lekkim charakterem i podejmuje tematykę miłosną: zdrad, romansów, czy też trójkątów.

               Nie trzeba długo czekać, by się o tym przekonać, przedstawienie rozpoczyna bowiem piosenka Let’s talk about sex, a i sama scenografia (autorstwa Macieja Marii Putowskiego) jest dość charakterystyczna. Scenę dominuje kolorystyka czarno-biała wyrażona różnymi wzorami (widać i zebrę, i paski, a także kilka innych). Można by uznać ten przesyt za kiczowaty, a jednak z każdą kolejną minutą coraz bardziej rośnie poczucie, że to wręcz powinno tak wyglądać, że jest idealnie dopasowane. Wokół centralnego pokoju znajdują się drzwi do innych pomieszczeń, które widz może sobie jedynie wyobrazić (dowiadujemy się jedynie, że sedes w łazience jest na lewo). Pierwsza na scenie pojawia się Beata (w tej roli znakomita Krystyna Janda), czyli tytułowa pomoc domowa (nie mylić ze sprzątaczką!) – skora do zabawy, zaczepna, z lekkim przymrużeniem oka traktująca swoich pracodawców. Zaraz zresztą dołącza do niej pan domu, Norbert (świetny Krzysztof Dracz), czy też Gucio, jak nazywa go kochanka, Maja (Barbara Wypych), zwana przez niego pieszczotliwie Pszczółką. Niedługo później wraca do domu też żona (po tym, jak została puknięta… i oddała auto męża do złomowania, zamiast do warsztatu), Olga (Katarzyna Gniewkowska), od stóp do głów odziana w panterkę. Przebieg kolejnych wydarzeń nie jest wprawdzie szczególnie zaskakujący, niemniej wartka akcja i kolejne jej zwroty nie pozwalają nudzić się widzowi ani przez chwilę. Jest więc jedno mieszkanie, jedna noc i troje bohaterów, którzy mieli wyjechać (oczywiście każdy w swoją stronę). Ostatecznie jednak nie wyjechał nikt. Dlaczego? Pozornie znudzeni sobą małżonkowie wpadają na ten sam pomysł, by zaprosić do siebie kochanka/kochankę, sprytna Beata decyduje się natomiast zaoszczędzić pieniądze, które od państwa dostała na wyjazd. Zresztą, jeszcze drożej przyszło im później zapłacić za jej milczenie i kolejne intrygi. Sami bohaterowie są raczej karykaturalni, stereotypowi, ale oczywiście świetnie zagrani. Bez problemu doprowadzali publiczność do łez, a im bliżej końca (i im więcej alkoholu znikało w salonie), tym więcej było śmiechu. Sytuacja groteskowa! W jednej sypialni pełna seksapilu Olga, której gra wstępna wywołuje kolejne salwy śmiechu publiczności, z nieco niezdarnym, starszym kawalerem Markiem, zwanym Marcellem (Mirosław Kropielnicki). W drugim natomiast nie najmłodszy wprawdzie, ale za to pełen młodzieńczej energii Norbert z niezbyt rozgarniętą, młodziutką Mają. I czuwająca nad nimi pomoc domowa, dbająca o to, by wszystko skończyło się szczęśliwe.

             Na scenie nieprzerwany ruch, przeciąg, co rusz trzaskają któreś drzwi, a bohaterowie biegają tam i z powrotem, potykają się i robią fikołki. A widzowie z ciekawością i rozbawieniem stają się świadkami kolejnych konfrontacji. Choć, trzeba przyznać, że w porównaniu ze swoimi poprzedniczkami, Pomoc domowa niezbyt zmusza do refleksji. Nawet poważne (i ważne) frazy, jak na przykład ta, że warto rozmawiać, powtarzane w kółko, lecz w sytuacjach zupełnie niedorzecznych, zamiast widzów zastanawiać, śmieszyły raczej. Lecz może właśnie w tym urok tej sztuki, że na moment pozwoliła publiczności oderwać się od szarej rzeczywistości, od problemów i ludzkich tragedii. Jedno jest jednak pewne… bardzo wysoko postawiła poprzeczkę kolejnym spektaklom konkursowym.

Angelika Gieniec

fot. Artur Gawle