II Otwarty Turniej Łuczniczy na Górze św. Marcina

Mimo jesiennego chłodu słońce sprawiało, że okoliczności przyrody były doprawdy bajeczne. Drzewa powoli nabierały złocistości i czerwieni, a wrześniowe niebo zachwycało nasyceniem błękitu. Ostatnia niedziela września zdawała się krzyczeć: „Wyjdź z domu! Weź z sobą bliskich! Porozmawiajcie! (albo pomilczcie) Pospacerujcie z psem! Korzystajcie z pogodnego dnia!” Nie brakło też takich, którzy aktywnie odpowiedzieli na to wołanie i wybrali się – pieszo lub na rowerach – w okolice Góry św. Marcina.

Prócz tras biegowych czy spacerowych znaleźć tam można plac zabaw dla dzieci. Jest to więc idealne miejsce by odpocząć od zgiełkliwej codzienności. Ale tego dnia przypadkowi przechodnie mogli natknąć się na pewien niecodzienny widok. U stóp ruin zamku należącego niegdyś do sławnego rodu Tarnowskich ustawiono kilka różnego rodzaju tarczy i figur wyobrażających pomniejszą zwierzynę. Rozpalono także ognisko i zakrzątnięto się wokół przygotowania posiłku. Wreszcie pojawili się ludzie z łukami i strzałami. To rozpoczynał się II Otwarty Turniej Łuczniczy. Od godz. 9.00 załatwiano formalności związane z przyjmowaniem zgłoszeń. Organizatorzy zapewniali stosowny sprzęt, ale zachęcali, by, jeśli to możliwe, przybyć z własnym. A trzeba przyznać, że kołczany pełne strzał i profesjonalne łuki to widok, który na laikach naprawdę robi wrażenie. Słychać było nawoływania, wzajemne docinki i przekomarzania, głośne liczenie punktów i zwykły, szczery śmiech. Uczestnicy bawili się i rywalizowali w gronie kolegów, ale byli i tacy, dla których ten zapomniany już sport stał się rozrywką rodzinną. Wszyscy jednak, od dzieci, poprzez młodzież, aż po dorosłych sprawiali wrażenie ludzi, którzy nie strzelają po raz pierwszy w życiu. Prócz szumu drzew mile łechtało ucho delikatne skrzypienie napinanego łuku i świst posyłanej do celu strzały. Turniej przykuwał też uwagę postronnych obserwatorów. Wielu z tych, którzy tego dnia wybrali się, by odwiedzić sławetne ruiny przystawało, by z ciekawością zerkać na mężczyzn i kobiety owładniętych duchem sportowej rywalizacji. Bardziej bojaźliwi zastanawiali się nawet czy mogą bezpiecznie zwiedzać z bliska ruiny, czy też przez przypadek nie staną się ruchomym celem dla łuczników. Nie było jednak powodów do obaw. Zachowano wszelkie względy bezpieczeństwa.

Chociaż impreza nie przyciągnęła tłumów, to jednak widać było, że na Górze św. Marcina spotkali się ludzie z pasją lubujący się w dość niecodziennej formie aktywności fizycznej. Wojowniczy duch wciąż żyje, tak w przedstawicielach starszego, jak i młodszego pokolenia. Nie zważa też na płeć i wykonywany zawód. Nawet jeśli zwykle zdaje się drzemać to budzi się zawsze, ilekroć jest potrzebny. Choćby po to, by czasem powiedzieć: „Zamiast strzelać FOCHA – postrzelaj sobie z łuku!”

Katarzyna Rola