Grałem na klawiszach Dżemu. Rozmowa z Tomaszem Olszówką, prezesem Centrum Zdrowia Tuchów

Opowiedz nam o swojej młodości.

Zacznę od czasów szkoły średniej. Uczęszczałem do I Liceum Ogólnokształcącego im. Kazimierza Brodzińskiego w Tarnowie, gdzie byłem uczniem klasy matematyczno-fizycznej. Dyrektorem placówki był wówczas Józef Nowak, zaś moim wychowawcą profesor Tadeusz Sypek – fizyk i astronom. Pamiętam, że I LO wyróżniała niezwykle charyzmatyczna kadra pedagogiczna. Moim przyjacielem z ławki szkolnej był Sebastian Podkościelny – postać znamienita, wieloletni dyrektor TVN24, obecnie zastępca redaktora naczelnego TVN24 BiS. Z Sebastianem założyliśmy pierwszą garażową kapelę o wdzięcznej nazwie Happy Birthday. Graliśmy w różnych dziwnych miejscach, aczkolwiek nie stroniliśmy również od klubów – doskonale pamiętam występy w Niedomicach, Żabnie czy w Tarnowskiej Piwnicy.

Na czym grałeś?

Grałem na basie, a instrumentem Sebastiana były klawisze. Kapelę uzupełniało jeszcze dwóch kolegów. Największe problemy mieliśmy z wybraniem wokalisty, ponieważ nikt z nas nie chciał śpiewać, każdy miał swoje instrumenty i na nich skupiał całą uwagę. Na szczęście Sebastian lubił wyzwania, więc czasami brał na siebie rolę lidera i śpiewał podczas koncertów.

Jaką graliście muzykę?

W tamtych czasach polska muzyka otwierała się na cold wave, więc również my postanowiliśmy stworzyć coś zimnofalowego, surowego i przede wszystkim antysystemowego. Fascynowaliśmy się mrocznymi zespołami, jak The Cure czy Joy Division. Wszyscy chodziliśmy ubrani na czarno, co podkreślało nasz bunt. Czarne koszule można było kupić jedynie w Veritasie, czyli w sklepie z dewocjonaliami i odzieżą liturgiczną. Kupowaliśmy koszule kapłańskie i ściągaliśmy koloratki – tak wyglądał nasz codzienny strój, w którym przychodziliśmy do szkoły.

Miałeś długie włosy?

Oczywiście! Miałem na głowie burzę loków w kolorze blond (śmiech). Profesor Sypek powiedział, że będę musiał ściąć je przed maturą. W ogóle profesor ścigał nas za różne rzeczy i kazał chodzić na pochody pierwszomajowe ze szturmówką. Niechętnie to robiliśmy, co jeszcze bardziej denerwowało profesora. Na szczęście wkrótce komuna się skończyła i owe kary przestały obowiązywać. Pamiętam exposé Tadeusza Mazowieckiego wygłoszone z sejmowej mównicy. Wystąpienie pierwszego niekomunistycznego premiera po II wojnie światowej napawało mnie dumą i wzruszeniem. Komuna wyprowadzała się również z Tarnowa – runął gmach partyjny obok naszego liceum i partia przestała istnieć.

Twoja kariera muzyczna nabrała tempa czy zatrzymała się na pierwszym projekcie?

Jakiś czas po przygodzie z Happy Birthday dostałem propozycję zagrania na klawiszach w tarnowskiej grupie progresywnej CAVE, którą założyło kilku znakomitych muzyków – Piotr Smoleń, Paweł Mazur i Leszek Łuszcz. Mój czas w CAVE trwał do momentu pójścia na studia, ale powiedzmy sobie szczerze, że nigdy nie byłem wybitnym muzykiem, więc moje odejście wyszło chłopakom na dobre. Do zespołu dołączył Damian Rękas i udało im się nagrać płytę – niestety pierwszą i zarazem ostatnią, mocno niedocenioną, a przecież ich kawałki dotarły na listy przebojów do Stanów Zjednoczonych i Australii. Miło wspominam tamten czas, szczególnie mocno zapadł mi w pamięci koncert na Hali Widowiskowej Gumniska, gdzie zagraliśmy jako support przed Dżemem. Rysiek Riedel nie funkcjonował wtedy najlepiej – miał ogoloną twarz, co jeszcze bardziej podkreślało jego nieciekawą sytuację. Przed wyjściem na scenę dopadła mnie trema i nieopatrznie zabrałem klawisze Pawła Bergera z Dżemu. Ta niefortunna pomyłka dotarła do mnie dopiero w czasie koncertu (śmiech).

Przeskoczmy do współczesności. Kiedy ostatnio zagrałeś przed publiką?

Pracując w szpitalu w Tuchowie zacząłem organizować festiwale muzyczne. Najgłośniejszym był 3maj się Festiwal, który przetrwał do dzisiaj. Podczas pierwszej edycji miałem zaszczyt zagrać z moimi kolegami z CAVE. Grupa nazywała się Cafe i grała gównie covery znanych wykonawców. Z pierwotnego składu CAVE zostali Paweł Mazur i Piotr Smoleń, do których dołączyli Mariusz Dziekan i Bartek Rojek. Zagrałem na gitarze akustycznej w „Purple Rain” Prince’a i „One” U2. Natomiast przez ostatni rok byłem menadżerem zespołu wokalnego MONK. Mam nadzieję, że chłopaki dobrze wspominają ten czas (śmiech).

Odnotujmy jeszcze studia. Gdzie uciekłeś przed karierą w CAVE?

Prawie za morze, czyli do Krakowa (śmiech). Studiowałem finanse na Akademii Ekonomicznej i równolegle prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miałem w życiu tylko jeden egzamin komisyjny z prawa karnego na UJ. Wszedłem do sali, w której odbywał się komis i zobaczyłem trzech najwybitniejszych karnistów w Polsce – profesorowie Andrzej Zoll, Kazimierz Buchała i Zbigniew Ćwiąkalski wbijali we mnie swoje wszechwidzące oczy. Nie pamiętam nic z tego egzaminu oprócz zakończenia. W którymś momencie jeden z profesorów przerwał i powiedział, żebym się nie stresował. Otrzymałem zaliczenie, aczkolwiek do dzisiaj nie potrafię przypomnieć sobie pytań. Jako ciekawostkę powiem, że w tym samym czasie na Wydziale Prawa i Administracji UJ studiował również prezydent Andrzej Duda.

I też nosił długie włosy? (śmiech)

Dobrze go nie pamiętam, jednakże długie włosy miał na sto procent (śmiech).

Rozmowa odbyła się 29 czerwca w kawiarni Hybryda w Tarnowie. Kiedy dobiegła kresu wraz z Tomaszem Olszówką i Łukaszem Winczurą (Gazeta Krakowska) udaliśmy się pod TCK posłuchać dobrego jazzu, albowiem trwał wówczas XI Letni Festiwal Jazzu Tradycyjnego JAZZ-owy RYNEK Tarnów 2018.

Krystian Janik 

Wykorzystane fotografie pochodzą z prywatnego archiwum Tomasza Olszówki