Opowieści o zwyczajnym szaleństwie.

               W czwartkowe popołudnie, 26 września, w tarnowskim Teatrze publiczność wsłuchała się w Opowieści o zwyczajnym szaleństwie, komedię docenioną Nagrodą Alfréda Radoka za Najlepszą Sztukę roku 2001. Był to już szósty spektakl konkursowy wystawiany w ramach XXIII Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii Talia.

               Autorem sztuki jest Petr Zelenka, czeski reżyser i scenarzysta. W swojej twórczości ukazuje on współczesną rzeczywistość, nie stroniąc od smutnych i groteskowych komedii. Jedną z nich są właśnie Opowieści o zwyczajnym szaleństwie. Na język polski przełożyła je Krystyna Krauze, reżyserka, scenarzystka i tłumaczka dramaturgii czeskiej. Natomiast na deskach tarnowskiego Teatru sztukę tę, w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, zaprezentował Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku. Premiera komedii miała miejsce 4 listopada 2017 roku. Warto wspomnieć, że Grzegorz Chrapkiewicz jest też reżyserem tarnowskich spektakli Piaskownica / Pierwszy raz, których premiera odbyła się w styczniu tego roku.

              Tym, co zaskakuje już na samym początku, jest scenografia autorstwa Wojciecha Stefaniaka. Na scenie, a także przed nią, piętrzą się budowle i prowizoryczne meble ułożone z kartonowych pudełek różnej wielkości. Specyficzni są także bohaterowie: mają zróżnicowane charaktery, niemniej łączą ich pewne wspólne cechy i absurdalne zachowania. Przede wszystkim jednak, wszyscy oni sprawiają wrażenie zagubionych, słabych, nieprzystosowanych do życia i samotnych. Kolejne wydarzenia dzieją się natomiast na pograniczu jawy i snu, ukazując rozpaczliwe próby odnalezienia miłości i stabilizacji. Piotr (Łukasz Borkowski) nie może się pogodzić z tym, że zostawiła go dziewczyna, Jana (Urszula Szmidt). Za radą przyjaciela zwanego Muchą (Dawid Malec) sięga po indiańskie rytuały: musi uciąć włosy ukochanej, wysuszyć, spalić i tak dalej… Oczywiście nie wszystko idzie zgodnie z planem. Zresztą, zdaje się, że nic w Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie nie dzieje się po myśli bohaterów. Piotr pracuje na lotniskowym terminalu przeładunkowym, a jego szef (Patryk Ołdziejewski) przyznaje, że lubi małych chłopców. Jana po rozstaniu z Piotrem poznaje kolejnych mężczyzn, dzwoniąc do budki telefonicznej pod swoim domem. Tak spotyka naiwnego Alesza (Bernard Bania), z którym próbuje stworzyć normalny związek. Mucha natomiast powtarza przyjacielowi, że nie potrzebuje dziewczyny, jednocześnie przeprowadzając coraz to dziwniejsze eksperymenty seksualne z… urządzeniami gospodarstwa domowego, na przykład odkurzaczem czy umywalką. Jak zauważa Jana, Piotr w ogóle przyciąga do siebie dziwnych ludzi, bo sam jest właśnie taki. Nie dziwi więc, że także jego sąsiedzi – Alicja (Monika Zaborska) i Jerzy (Piotr Szekowski) – nie są do końca zwyczajni, potrzebują bowiem, by ktoś patrzył na nich, gdy się kochają. A ponieważ Piotr ma błyszczące, ciekawskie oczy, płacą mu, by to właśnie on towarzyszył im w sypialni. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że wszystkie problemy głównego bohatera mają swoje źródło już w sytuacji rodzinnej. Matka (Arleta Godziszewska) ma obsesję na punkcie dobroczynności i oddawania krwi. Wysyła też liczne paczki potrzebującym, a synowi wycinki z gazet, by znał rzeczywistość. Chce wszystkim doradzać, o wszystkich się troszczy, jednak nie potrafi okazać ciepła. Przytłacza tym swojego męża (Marek Cichucki), który niegdyś odczytywał komentarze do socjalistycznych kronik, teraz jednak nie potrafi się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości i jedyne, co go interesuje, to bańki piwne i to, czy można zmieścić w ustach żarówkę. Pewnego dnia mężczyzna wykonuje jednak telefon, który go odmienia. Przypadkiem poznaje artystkę Sylwię (Justyna Godlewska-Kruczkowska), która budzi w nim nie tylko zainteresowanie światem, ale też na nowo pozwala uwierzyć w siebie. Wszystkie te wydarzenia rozpoczynają karuzelę komicznych, absurdalnych sytuacji. Rodzice Piotra zaczynają przebierać się w swoje ubrania, by wczuć się w małżonka. Mucha poznaje Annę, a po rozstaniu z nią kupuje sobie manekina, Ewę, który ożywa (w obu tych rolach Aleksandra Przesław). Piotr planuje wysłać się w paczce do Jany, ostatecznie jednak wszyscy bohaterowie zostają zapakowani i zapieczętowani przez pracownika poczty (Jerzy Taborski). Gdzie się udali? Zdaje się, że w tym finalnym momencie już żadna decyzja bohaterów nie byłaby w stanie zdziwić publiczności.

            Nie jest to zresztą typowa komedia, a raczej tragikomiczny spektakl o ludziach próbujących poradzić sobie ze skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi. Choć momentami wydaje się zbyt szalony i przerysowany, by mógł być prawdziwy. Bohaterowie jednak mimo wszystko budzą sympatię: są wzruszająco bezradni i zagubieni, nierozumiani, desperacko poszukujący szczęścia i bliskości z drugim człowiekiem. Zwłaszcza Piotr i jego ojciec wydają się w swoim zagubieniu niezwykle autentyczni i przekonujący, ich role są z pewnością jednymi z najlepiej odegranych. I choć dowcip Zelenki jest specyficzny: dość absurdalny i surrealistyczny (jak zresztą cała sztuka), a świat wydaje się przerysowany, staje się to środkiem do ukazania szarej, bolesnej rzeczywistości. Wraz z bohaterami możemy także zastanawiać się, czy szaleństwo tkwi w nas samych, czy w otaczającym świecie.

 

Angelika Gieniec