KAT & Roman Kostrzewski wypełnili nasze miasto oddechami wymarłych światów
Od zarania dziejów wszyscy zwolennicy ciężkich brzmień doskonale wiedzą, że metal ma się najlepiej w piekle. Piekło natomiast nie istniałoby bez dobrego (o zgrozo!) gospodarza – takiego śmiesznego czorta, co podśpiewuje radośnie: „Ja nie skamlę, nie – ja pluję w twarz” i chodzi pod rękę z dziewczyną w cierniowej koronie. A kiedy słońce zaczyna wschodzić, kładzie się spać dziękując Panu za święte wojny i chytry kler. Kimś takim jest Roman Kostrzewski, wszakże jak wieść niesie: „nie ma Kata bez Romana”. Niektórzy powiadają, że podobno w niedzielę widzieli go w Tarnowie…
Tuż przed zbliżającym się świętem zmarłych, które niejedną ma nazwę, kiedy ludzie sprzątają groby i gromadzą znicze, a upiór z ballady Mickiewicza szykuje się do ponownego opuszczenia mogiły, w Tarnowie doszło do wyjątkowego koncertu legendy rodzimej sceny metalowej, czyli Romana Kostrzewskiego z zespołem KAT. Tydzień po wyborach samorządowych, tydzień przed drugą turą, z pieśnią na ustach – o milczącym trupie, co się zowie Polska i od przeszło tysiąca lat wierzy w cud. Koncert odbył się w Hotelu Bristol, który muzycy przekształcili w tymczasowy diabelski dom i zaprosili doń czarne zastępy dusz. Zagrali najbardziej reprezentatywne numery, m.in. „Mordercę”, „Masz mnie wampirze” czy „Głos z ciemności”, a pieśniarz przyniósł fanom dobrą nowinę w postaci zapowiedzi nowego wydawnictwa.
Zanim jednak na scenie zabrzmiał KAT z roztańczonym Kostrzewskim na szpicy, to szansę na zagranie przed nieśmiertelną legendą rodzimego metalu dostały dwie kapele – rzeszowskie Psycho Visions i tarnowska Harissa. Koncert rozpoczęli muzycy z Rzeszowa, którzy zaserwowali publiczności mocną dawkę nowoczesnego metalu, nieuchwytnego, ciężkiego do sklasyfikowania w jakichkolwiek ramach. Kompozycje zawierające na przemian wolne i szybkie, przestrzenne gitary, dynamiczną perkusję i wręcz taneczną melodię brzmiały świeżo. Muzykę dopełnił growl, a całość stroje w odcieniach bieli i popiołu. Niech żałują ci, którzy wyszli z koncertu bez płyty „Inflect” Psycho Visions.
Drugi występ wieczoru należał do Harissy. Tarnowska grupa rockowa znalazła się w węzłowym punkcie swojej muzycznej ścieżki, albowiem jeszcze w tym roku ukaże się ich pierwszy pełnometrażowy album zatytułowany „AntyRaj”. Muzyka Harissy działa niczym trening izometryczny – jej istota rozpięta jest pomiędzy instrumentarium i tekstem. Połączenie pełnokrwistego rockowego uderzenia i ambitnych treści świadczy o dojrzałości scenicznej i sporych ambicjach zespołu. Z pewnością ich „AntyRaj” odbije się niemałych echem na polskiej scenie rockowej. Niedzielny koncert został zagrany w pełni profesjonalnie i bez wątpienia zostanie długo zapamiętany, co można było zaobserwować po reakcjach widowni.
Jeśli słuchać dochodzących z ciemności głosów, to w naszym mieście jeszcze niejeden raz dojdzie do porządnego koncertu rockowo-metalowego i nie przeszkodzi w tym nawet brak klubu muzycznego z prawdziwego zdarzenia.
Krystian Janik

