Aktor z apetytem na życie. Rozmowa z Ireneuszem Pastuszakiem

O nieteatralnych rolach, podwójnym pójściu w „Tango”, poszukiwaniu prawdy i sztukach walki – rozmawiamy z Ireneuszem Pastuszakiem, aktorem Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.

Maciej Maleńczuk śpiewał, że każdy barman jest dla niego jak matka. A Pan, jakim jest barmanem?

Przede wszystkim słuchającym. Wszystko zaczęło się od spektaklu „Porachunki z katem”, którego akcja rozgrywała się w barze. Pomyślałem, że stanie za barem jest ciekawym doświadczeniem, ponieważ można poobserwować różnych ludzi. Tak właśnie jest „Pod Arkadami”, przychodzi tutaj wielu ciekawych tarnowian, z którymi można miło porozmawiać.

To prawda, że trenował Pan sztuki walki?

Tak. Ćwiczyłem karate, kyokushin, a będąc na studiach taekwondo. Liznąłem nawet krav magę, a także przymierzałem się do sambo, ale niestety osoba, która miała prowadzić zajęcia, wyprowadziła się wtedy z Krakowa.

Studiował Pan też architekturę?

Miałem studiować architekturę, ale jednocześnie zdawałem do szkoły teatralnej, do której się nie dostałem. W ramach protestu nie przystąpiłem do egzaminów na architekturę i pojechałem w Bieszczady. Jednakże muszę powiedzieć, że parę moich pomysłów architektonicznych zostało zrealizowanych. Stworzyłem kiedyś projekt domu, który do tej pory stoi i ludzie w nim mieszkają.

Jakich innych zajęć Pan się jeszcze imał?

Pracowałem jako krawiec w jednym z pierwszych butików w Krakowie pod koniec lat 80. i na początku 90. Szyłem wszystko od sukienek wyjściowych, sukni ślubnych po garnitury.

Słyszałem, że piecze Pan też ciasta?

Zdarza mi się, zwłaszcza jak mi się nudzi, a piekarnik jest pusty.

W „Tangu”, czyli ostatniej premierze Solskiego, wcielił się Pan w postać Stomila. W 1985 roku również zagrał Pan w „Tangu” w rzeszowskim teatrze. Jaką był Pan wtedy postacią?

Zagrałem wtedy Artura. Żeby było śmieszniej po tarnowskiej premierze, podczas porządkowania papierów, natrafiłem na program z 1985 roku. Znalazłem jeszcze jeden program z mojego debiutu na scenie, którym była „Pastorałka” Leona Schillera w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Za rok przypadnie czterdziesta rocznica tego wydarzenia.

Czyli najpierw pragnął Pan odbudowywać stary świat, a potem przewartościowały się Pana wartości?

W „Tangu” wartości tak naprawdę nie są wartościami. Świat tam przedstawiony jest frommowską ucieczką od wolności. Ja miałem okazję być częścią tego świata z dwóch perspektyw. Wyszła z tego fajna klamra.

Które ze swoich ról uważa Pan za najważniejsze?

Za jedną z najważniejszych uważam rolę młodego Brunona Schulza u Jacka Andruckiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. W czasie mojej pierwszej pracy w Teatrze im. Ludwika Solskiego ważną dla mnie rolę zagrałem w „Przejściu nad Niagarą”, a po powrocie po latach do Tarnowa w spektaklu „Blackbird”.

Zagrał Pan w kilku serialach. Jak czuje się Pan przed kamerą?

Przez długie lata unikałem kamery. W ciągu ostatnich dwóch-trzech zacząłem pojawiać się przed nią ze względów czysto finansowych. Szczerze mówiąc bałem się trochę tego kontaktu, ponieważ nie miałem dużego doświadczenia przy takich produkcjach. W ubiegłym roku zagrałem w serialu „O mały włos…” w jedenastu odcinkach na dwanaście. Pracowało mi się świetnie, ekipa była rewelacyjna, i mało tego, usłyszałem wiele dobrych słów na temat mojej pracy przed kamerą.

Jak bardzo praca przed kamerą różni się od występów na scenie?

Występowanie przed kamerą porównałbym do grania w „Blackbirdzie” – mała przestrzeń, bliski kontakt, niewielka dynamika. Moje widzenie jest przestrzenne, więc w momencie wejścia na plan potrafię się na nim natychmiast odnaleźć.

Będzie Pan jurorem podczas 33. Tarnowskiej Nagrody Filmowej. Czym będzie się Pan kierował oceniając filmy?

Odkąd mi to zaproponowano zastanawiam się, jakie kryteria będę przyjmował. Raczej pójdę za intuicją. Nie znam się jakoś szczególnie na kadrowaniu czy świetle, bardziej interesuje mnie tematyka i prawda.

Co ma Pan na myśli mówiąc „prawda”?

Mam na myśli prawdę sceniczną, psychologiczną, rozumianą jako wiarygodność. Prawda jest moją podstawową oceną zarówno mojej pracy aktorskiej, jak i innych grających osób. Zakładam, że podczas Tarnowskiej Nagrody Filmowej pojawią się też filmy słabsze treściowo, ale posiadające inne walory – plastyczność, wspaniałe ujęcia, krajobrazy, znakomitą muzykę. Na takie rzeczy zwraca się uwagę bardziej intuicyjnie niż fachowo.

Zatem ciekawe, jak oceni Pan „Zimną wojnę”?

„Zimna wojna” jest filmem specyficznym. Mówi o czasach, o których trochę wiem, co sprawia, że od samej historii ważniejszy jest dla mnie kontekst. Dla współczesnych ludzi niektóre rzeczy przedstawione w tym filmie są nie do wyobrażenia. Wtedy, żeby wyjechać za granicę trzeba było posiadać agenta lub samemu być agentem, a przynajmniej być zmuszonym do współpracy z władzą. Poza tym wpływ polityki kulturalnej na instytucje kultury i środowisko artystyczne wypaczał sens sztuki. Pomijając kontekst „Zimna wojna” jest również obrazem emocjonalnym.

Mówił Pan na scenie w języku, którego Pan nie znał?

Zdarzyło mi się i to nawet niedawno. Zagrałem w filmie o Jerzym Pertkiewiczu, znanym tarnowskim przedwojennym i powojennym aptekarzu, w którym posługiwałem się językiem niemieckim. Jestem ciekaw jak to wyszło, ponieważ ostatni raz mówiłem po niemiecku w podstawówce.

I nie potrzebował Pan suflera?

Niestety nie było na to szans. Zawsze mnie zastanawiało to, że w polskich filmach opowiadających o czasach okupacji większość Polaków świetnie mówi po niemiecku. Nie mam na myśli polskiej inteligencji, ale prostych ludzi, którzy rozmawiają z Niemcami. Przecież w tamtych czasach mało kto potrafił cokolwiek powiedzieć w tym języku.

Janusz Gajos w „Psach” Władysława Pasikowskiego kwestie po niemiecku czytał z kartki.

Jak tylko jest taka szansa, to korzysta się z kartek lub plansz. Czasami nie ma wyjścia.

Na koniec – podobno na zielonym dachu tarnowskiego teatru wyrosną czereśnie?

Mocno się obawiam tego pomysłu. Jego powodzenie będzie niestety zależeć od pogody. „Apetyt na czereśnie” był grany w różnych dziwnych miejscach, więc mam nadzieję, że na zielonym dachu też się uda.

A zatem życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Krystian Janik

Fot. Agencja Aktorska Skene