Akt równoległy.
27 września tarnowska publiczność miała okazję zobaczyć Akt równoległy w wykonaniu Teatru Ludowego w Krakowie. Jest to komedia Dereka Benfielda, brytyjskiego dramatopisarza i aktora, autora ponad trzydziestu sztuk, w większości fars.
Premiera Aktu równoległego w tłumaczeniu Emilii Miłkowskiej i reżyserii Tadeusza Łomnickiego odbyła się 28 maja 2017 roku. I skradła serca widzów! Podczas Polkowickich Dni Teatru 2018 komedia została laureatem Złotego Miedziaka, Nagrody Publiczności XX Obliczy Teatru. Nie dziwi to, bowiem już sama scenografia autorstwa Ewy Mroczkowskiej, zapowiada, nim jeszcze padną pierwsze słowa, że następne dwie godziny będą spędzone w miłej atmosferze. Przestrzeń jest świetnie rozplanowana, tak, by widz mógł towarzyszyć bohaterom niemal bez przerwy. Po prawej stronie znajduje się tak zwany pokój malinowy, po lewej – niebieski (niebiański). Pośrodku wejście do zazwyczaj zacisznego, prowincjonalnego hoteliku, Oazy. Dalej hol, recepcja oraz barek. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak dopiero wówczas, gdy pojawiają się pierwsi bohaterowie, elegancki pan Smith, czyli Roger (w tej roli Paweł Kumięga), oraz raczej zwyczajny, nieco fajtłapowaty… pan Smith, Geoff (Karol Polak). I portier Ferris (znakomicie zagrany przez Piotra Pilitowskiego), który początkowo sprawia wrażenie niezbyt rozgarniętego (pracuje zresztą tylko w zastępstwie za siostrę), jednak to właśnie on będzie się dwoił i troił, by sytuacja tego wieczoru nie wymknęła się spod kontroli. Oczywisty jest bowiem cel, w którym obaj panowie (o niezbyt oryginalnym i pomysłowym nazwisku) pojawili się w hotelu. Obaj czekają na przyjazd swoich kochanek, Sally (Anna Pijanowska) i Helen (Katarzyna Tlałka). Szybko też okazuje się, że panowie mają ze sobą o wiele więcej wspólnego niż sytuacja, w której się znaleźli! A wszystko zaczęło się od reklamy hotelu zamieszczonej w gazetce parafialnej, która Panią i Pana Smith nieszczęśliwie sprowadziła w niewłaściwym czasie w to samo miejsce.
Akt równoległy jest świetnie napisaną, lekką farsą. Zwyczajowo dla tego gatunku, fabuła nie jest zbyt skomplikowana i do pewnego stopnia widz może przewidzieć przebieg kolejnych wydarzeń. Istotne jest również to, że aktorzy odgrywają swoje role jak najbardziej poważnie, jakby grali w dramacie, nie w komedii. Zmienia się jednak kontekst: publiczność, jeśli płacze, to tylko z rozbawienia. A z każdą kolejną chwilą widzowie śmieją się coraz głośniej, bo nie dość powiedzieć, że spektakl jest dynamiczny i trzyma rytm, akcja bowiem nieustannie przyspiesza, sprawiając wrażenie, że już, już cała prawda musi wyjść na jaw, że teraz się wszystko wyjaśni. Tymczasem tyleż dzięki sprytowi, co szczęściu, Ferrisowi raz za razem udaje się uratować sytuację (choć jednocześnie komplikuje się ona jeszcze bardziej). Farsa jest też wymagającą sztuką dla aktorów, są oni bowiem w ciągłym ruchu. Ciekawym rozwiązaniem, które dawało publiczności chwilę wytchnienia, było wprowadzenie scen w zwolnionym tempie. Były one oczywiście świetnie zagrane przez aktorów, począwszy od niesamowicie rozwiniętej mimiki twarzy, przez ruchy i gesty, a kończąc na towarzyszących tym momentom podkładom muzycznym. Trzeba też wspomnieć, że wykreowani bohaterowie wydają się nader realistyczni: są mocno zróżnicowani, a widz może w trakcie przedstawienia obserwować ich przeobrażenia. Tu na uwagę zasługuje zwłaszcza postać Sally, która początkowo sprawia wrażenie niewinnej i uroczej, lecz im więcej drinków wypija, tym trudniej nad nią zapanować.
Dobra sztuka, równie dobra reżyseria, świetna gra aktorska – te i inne elementy składają się na farsę, która czaruje i bawi publiczność. Stajemy się świadkami skomplikowanych perypetii miłosnych, nad którymi – jak się okazuje – nie zawsze da się zapanować, ucieczek po gzymsie, intryg i kłamstewek, ale też przeciwności losu. I choć Akt równoległy z pewnością przemyca między słowami prawdy o świecie, są to przede wszystkim dwie godziny dobrej zabawy, nagrodzone zresztą entuzjastycznymi owacjami na stojąco.
Angelika Gieniec