Na co poza muzyką ma czas Wojtek Klich?
Poza muzyką od najmłodszych lat dzielę swoje życie ze sportem. Jako młody chłopak trenowałem piłkę nożną w Unii Tarnów. Drużynę prowadził wtedy trener Władysław Czekanowski, którego szanowałem i podziwiałem. Z Tarnowem związany jest również mój imiennik, Wojtek Klich, który był kiedyś piłkarzem Stali Mielce i Unii Tarnów. Jego syn Mateusz występował w reprezentacji Polski, a jako młodzik grał w barwach miejscowej Tarnovii. Mieliśmy przyjemność zagrania razem na boisku w meczu, w którym radiowcy zmierzyli się z oldbojami. Zostałem wychowany w duchu piłki nożnej, ale tej nieskażonej, przepełnionej zdrową rywalizacją. Pamiętam, że w dzieciństwie całe dnie spędzałem na podwórku kopiąc piłkę. Z biegiem czasu do futbolu dołączyły inne dyscypliny: siatkówka, koszykówka, tenis stołowy. Zdarza mi się grywać na rozmaitych turniejach pingpongowych. Nawet kupiłem robota do ping-ponga, który wyrzuca mi piłeczkę co 0,7 sekundy. Jest to świetna forma treningu, która poprawia refleks. Można się przy tym naprawdę porządnie zmęczyć. Jednakże przede wszystkim jestem biegaczem – bosym biegaczem. Uwielbiam biegać boso po okolicznych miejscowościach. Odbite na śniegu ślady moich stóp można odnaleźć w lasach w Radłowie albo Skrzyszowie. Jeśli ktoś natknie się na taki ślad, to wie, że po lesie biegał Wojtek (śmiech).
Na jakiej grałeś pozycji w Unii Tarnów?
Grałem na lewej obronie. Przerwałem karierę w wieku czternastu lat. Miło wspominam treningi i mecze, także te seniorów, na które dostawaliśmy bilety. Jednakże szybko zawładnęła mną gitara i właśnie ją wybrałem na swoją towarzyszkę. Oprócz występów w młodzieżowej Unii zaliczyłem również epizod zagraniczny. Szwagier załatwił mi ongiś spontaniczny angaż w drugiej drużynie czwartej ligi austriackiej, w której rozegrałem kilka meczów jako obcokrajowiec. Ciągle łapali mnie na spalonym i zdejmowali z boiska zazwyczaj po trzydziestu minutach. Nie byłem przyzwyczajony do treningów, brakowało mi ogrania, co powodowało, że nie mogłem się wyrwać z linii spalonego (śmiech).
A grasz jeszcze w halówkę?
Do tej pory często gram w piłę z moim synem Kacprem, który też jak ojciec trenował i ma o tym spore pojęcie. Grałem również w halówkę, ale zawsze obawiałem się, że złapię kontuzję. W tym sporcie o to nie trudno, ponieważ jest większa intensywność niż w futbolu i spore ryzyko, że ktoś cię kopnie. Wynika to z tempa i tego, że w halówkę gra wielu nad wyraz ambitnych chłopaków i trzeba naprawdę uważać (śmiech).
Pomylili Cię kiedyś z drugim Wojtkiem Klichem?
Zdarzyło się, że pomylił nas księgowy, ponieważ korzystamy z usług tego samego pana. Miałem okazję zamienić parę słów o futbolu z drugim Wojtkiem Klichem, który posiada ogromną wiedzę na ten temat.
Jakie są Twoje wrażenia po Mundialu w Rosji?
Oglądałem prawie wszystkie mecze i byłem naprawdę zły na naszych piłkarzy. Na bisku pokazali się od najgorszej strony, a przecież tak cudownie grali w reklamach. Oglądając mecze Polaków myślałem sobie, że przestrzeń na piłkę jest wąska, zaś cały ten blichtr dookoła rozrasta się i pożera piękno tego sportu. Podobnie jest z pawiem – jego głowa jest niewielka w porównaniu z resztą. Jednakże błyszczy tylko ogon, a ta głowa jest maleńka i smutna w całej tej otoczce pawich piór. Z kolei cudownie było popatrzeć na grę innych reprezentacji.
Która z nich podobała Ci się najbardziej?
Kibicowałem Chorwacji i Belgii. Szkoda, że te dwie drużyny nie spotkały się w finale. Podziwiałem piękną i waleczną grę tych reprezentacji. W ogóle jestem lokalnym patriotą, kocham Tarnów i wszystko, co się dzieje wokół. Jeździłem na Termalikę, ponieważ chciałem zobaczyć mecze na żywo. Stadion w Niecieczy jest mały, ale siedząc w drugim rzędzie od dołu, obok loży VIP-owskiej, wspaniale widać toczącą się rywalizację. Zawodnicy nabiegają na siebie, można poczuć tempo gry i oczarować się nim. Niejednokrotnie oglądałem mecze na większych obiektach i nie widziałem dokładnie tego, co na Termalice. Mecze piłkarskie są zawsze wielkim wydarzeniem. Pamiętam, jak Jadowniki grały w Pucharze Polski z Widzewem Łódź. Pojechaliśmy na ten mecz z całą rodziną i o ile dobrze pamiętam, padł wtedy remis. Z kolei dzień wcześniej w Jadownikach był koncert Dżemu.
Twoją ulubioną zagraniczną drużyną jest ciągle Barcelona?
Piłkę w ich wykonaniu oglądam z wielką przyjemnością i zaciekawieniem. Barcelona potrafi zagrać piękne spotkanie, a także zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. W historii futbolu było kilka zespołów, które grały przepięknie. Dobrych dziesięć lat temu taką ekipą było Deportivo La Coruña. Nie mieli w składzie wielkich gwiazd, ale kasowali przeciwników, a robili to z niesamowitą finezją. Bywają sezony, kiedy na powierzchnię wypływają mało znane kluby piłkarskie i w pełni wykorzystują swój czas. Czasami wystarczy, że drużynę obejmie charakterny trener, który wszystko poukłada.
Zawsze uwielbiałem patrzeć na grę Thierry’ego Henry’ego. Z kolei moim ulubionym rozgrywającym był argentyński piłkarz Ariel Ortega. W piłce nożnej najbardziej fascynuje mnie świadome granie, kiedy zawodnik gra dynamicznie i jednocześnie nie ucieka od boiskowej odpowiedzialności. Takim właśnie piłkarzem jest w mojej ocenie Andrés Iniesta. Lubię graczy poukładanych, uprzejmych, którzy nie symulują i nie kopią swoich przeciwników po nogach. Podobnie mam z muzykami, których zapraszam na Był Sobie Blues. Stronię od bufonów, zarozumialców, takich, którzy myślą tylko o sobie i unikają kontaktu z publicznością. Gustaw Holoubek w swojej książce „Wspomnienia z niepamięci” opisuje swój stan ducha przywołując przedwojenny obraz młodych chłopców zbiegających z dwóch stron Kopca Kościuszki, którzy formowali się później w drużyny i grali mecz. Holoubek był jednym z nich i po latach napisał, że nigdy w życiu nie przeżył niczego piękniejszego niż ten właśnie moment. Wszystkie jego premiery filmowe, teatralne, uniesienia artystyczne, nie dorównały tamtym chwilom. Dreszczyk emocji – kto z kim będzie grał, czy nie zabraknie dla kogoś miejsca w drużynie na zawsze pozostało w jego pamięci.
Jak obecnie wygląda Twoja sportowa aktywność?
Jestem również zaangażowany w inne dyscypliny. Uwielbiam grać w bilard i nawet zaliczyłem występ w mistrzostwach polski oldbojów, gdzie zająłem trzecie miejsce. W Tarnowie przez jakiś czas działała pierwsza liga bilardowa i właśnie stąd pochodził wicemistrz Polski. Obecnie w naszym mieście przy ulicy Urszulańskiej działa profesjonalny klub bilardowy, w którym znajduje się osiem pełnowymiarowych stołów. Polski Związek Bilardowy organizuje w nim turnieje, a fanów tego sportu jest w Tarnowie naprawdę sporo.
Jestem zwolennikiem idei kompletności człowieka w sferze fizycznej i psychicznej. Uważam, że jeśli człowiek zaniedba jedną z nich, to przestaje istnieć. Nie pozwalam sobie na bierność, ponieważ wiem, że zachowanie sprawności ruchowej wpływa na mnie pozytywne. Od jakiegoś czasu mam nadwyrężone ścięgno Achillesa, co nieco mnie ogranicza, więc żeby się nie zasiedzieć jeżdżę na rowerze. Od czasu do czasu pływam również kajakiem. Niedawno udało nam się pokonać rzekę, którą na pewnym etapie odpuścił nasz alpinista Leszek Cichy. Kajakami pływamy niczym Cyganie – z osmolonymi garami, bez zbędnych rzeczy, na ogół nie zabieramy nawet butli. Śpimy w dzikich miejscach, nie zabieramy nawet namiotów, ja sam najczęściej śpię przytulony do ogniska. Pewnego razu podczas takiej drzemki przypaliłem sobie włosy (śmiech). Uwielbiam być blisko natury – łowić ryby, kąpać się w zimnej wodzie czy biegać boso po zaroślach.
Jakie są Twoje najbliższe sportowe plany?
Planujemy wraz z moją Serdecznością Martusią przejechać całą Polskę na tandemie. Wyruszymy z Tarnowa i będziemy się kierować w stronę morza. Chcemy tego dokonać w siedem dni, pokonując po sto kilometrów dziennie. Na razie opracowałem etap Tarnów-Łódź. Kupiłem w tym celu aż siedemnaście map i wyznaczyłem szlaki. Okazało się, że przez większość czasu będziemy jechać przez dukty leśne. Jeśli sprawnie przedrzemy się przez A2, to droga do miejsca naszego przeznaczenia nie powinna sprawiać większych problemów.
Ale gitarę zabierzesz?
Mam na tandemie miejsce specjalnie przygotowane dla gitary, która będzie nam urozmaicać każdy etap podróży.
Dziękujemy Ci z rozmowę i życzymy udanego powrotu do Amfiteatru oraz spełnienia wszelkich sportowych marzeń.
Dziękuję i do zobaczenia na Bluesach.
Koniec części drugiej
Rozmowa odbyła się 23 lipca 2018 roku w kawiarni Amfiteatr Cafe w Tarnowie.
Zachęcamy do zapoznania się z programem tegorocznej edycji Był Sobie Blues:
https://www.facebook.com/klich.wojciech/
https://www.facebook.com/BylSobieBlues/
http://www.tck.pl/aktualnosci-byl-sobie-blues,16,1452,byl-sobie-blues-2018.html
Rozmawiali: Krystian Janik i Adrian Teliszewski
Wykorzystana fotografia pochodzi z archiwum Wojtka Klicha
Duży sukces tarnowskich koszykarzy. Po wielu latach tułania się w trzeciej lidze, wracają na szczebel…
Ze wszystkich dyscyplin sportu w Tarnowie w najwyższej klasie rozgrywkowej rywalizują tylko żużlowcy. Niewykluczone jednak,…
Słoneczna aura wręcz zachęca, by wyjść z domu i pójść na spacer albo wsiąść na…
W tym roku maj jest miesiącem należącym do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej, która znalazła się…
Miło jest nam poinformować, że po wielu tygodniach wytężonego wysiłku i prac rzeszy oddajemy wreszcie…
23 kwietnia podczas Gali 32. Tarnowskiej Nagrody Filmowej odbyła się prezentacja filmu Najlepszy w reżyserii…