Nie będzie lata. Rozmowa z dr. hab. Michałem Nawrockim, prof. PWSZ

O twórczym pisarstwie, malowaniu ścian, internetowych sporach, miejskich absurdach oraz nowej książce ze starymi tekstami – rozmawiamy z dr. hab. Michałem Nawrockim, prof. PWSZ.

Według Portalu Kryminalnego w 2018 roku ukazało się 269 powieści kryminalnych polskich autorów. Dołóżmy do tego pozostałe gatunki literackie, a pewnie zbliżymy się do tysiąca. Czy pisanie książek stało się modne?

Najwyraźniej tak. Każdy może teraz zabrać się za pisanie książek, zwłaszcza, że w obecnych czasach opublikowanie książki nie należy do rzeczy trudnych. Polscy autorzy idą w ślad Skandynawów pisząc szybko, dużo i najczęściej słabo. A ci, którzy te książki wydają, zarabiają na tym. Pisanie jest modne, wiele osób ma ambicje, żeby zostać pisarzem i mieć swoje pięć minut, ale prędzej czy później to przepadnie. Jako historyk literatury wiem, że są takie okresy, kiedy dużo się pisze i powstaje wrażenie, że doraźna popularność potrwa wiecznie. Tak bywało choćby w PRL-u, zwłaszcza na przestrzeni lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, gdzie ukazywało się mnóstwo książek autorów, o których się już dzisiaj nie pamięta. Powiem o jeszcze jednej, mniej znanej sprawie: Młoda Polska jest pamiętana przez pryzmat zaledwie kilku poetów, a miała ich kilkuset. Pomiędzy 1895 a 1910 rokiem doszło do niewyobrażalnej produkcji różnej maści lokalnych grafomanów, o których w tej chwili nikt nie wie.

Pisarze popularni, jak np. Katarzyna Bonda czy Remigiusz Mróz, zaczęli pisać poradniki dla adeptów sztuki powieści. Z kolei w PWSZ w Tarnowie od nowego semestru rusza nowa specjalność – twórcze pisarstwo. Czego podczas zajęć będą mogli się nauczyć studenci?

Nie uważam, żeby wymienieni przez Pana autorzy posiadali taką umiejętność i technikę pisarską, żeby pouczać początkujących autorów. Jeśli koniecznie ktoś chce się od kogoś uczyć, to lepiej niech robi to od Stephena Kinga. Generalnie wszystkie takie poradniki są do wyrzucenia, ponieważ najlepszą metodą na poznanie stylu danego pisarza jest czytanie jego książek. Nie ma lepszego nauczyciela opisu niż Bolesław Prus, czy metafory w prozie niż Bruno Schulz. Jeśli chce się zobaczyć, jak wygląda psychodeliczna poezja, to ciężko znaleźć kogoś lepszego niż Tadeusz Miciński, który, co ciekawe, współcześnie jest ciągle adaptowany w muzyce zespołów metalowych chociażby takich jak Behemoth czy KAT. A jeśli chce się zobaczyć możliwości jakie daje fraza języka polskiego, w jej płynności i brzmieniu, niech czyta Jerzego Pilcha. Z uwagą. Koncentrując się na brzmieniu, a nie na wódce. Choć wódka też jest ważna. Z kolei specjalność, o którą Pan pyta, ma na celu pokazać studentom, jak wygląda rzemiosło pisarskie przede wszystkim. Z drugiej zaś strony przekazuje pewnego rodzaju praktyczną umiejętność funkcjonowania z tekstem w przestrzeni publicznej – zarówno z tym artystycznym, jak i z dziennikarskim, medialnym, promocyjnym lub reklamowym. Jeśli uczę kogoś gry na fortepianie czy na skrzypcach, na początek uczę go techniki. Chciałbym, żeby tu było podobnie. Twórcze pisarstwo nie jest oparte na precyzyjnym udzielaniu instrukcji jak napisać książkę, która odniesie sukces. A już na pewno nikogo nie nauczy talentu.  

Pomysł na napisanie tekstu to jedno, zostaje jeszcze jego edycja. Czy studenci specjalności twórcze pisarstwo poznają również techniczne aspekty tworzenia tekstu?

Oczywiście. Studenci będą mieli możliwość nauczenia się prawidłowej edycji tekstu, a także zrozumienia, jak funkcjonuje struktura tekstu zarówno na poziomie edycji elektronicznej, jak i materialnej. Mamy otwartą opcję praktyk w Wydawnictwach PWSZ, gdzie pokażemy studentom proces przygotowywania książki do druku. Brałem czynny udział w zakładaniu tych wydawnictw, przesiedziałem wiele godzin w rozmaitych drukarniach z ludźmi, którzy składają książki i do upojenia nawąchałem się zapachu farby drukarskiej. My żyjemy w czasach rzeczywistości cyfrowej i zapominamy, że książka jest przedmiotem materialnym. Książka jest rzeczą. To jest zresztą jedno z najbardziej specyficznych doświadczeń: książka ma zapach.  Natomiast obserwowanie procesu powstawania książki, a później jej kreowanie jest niesamowitym doświadczeniem. Tworzysz coś z niczego w sensie ścisłym. I to jest piękne.

Motywem przewodnim specjalności będą teksty użytkowe, a czy pojawią się również zajęcia, które pomogą w twórczości artystycznej, np. w pisaniu powieści?

To jeden z sensów i celów tej specjalności. Trzeba jednak pamiętać, że tekst, nazwijmy go, artystyczny jest wynikiem pewnej potrzeby indywidualnej. Ktoś zaczyna pisać, bo z jakiegoś powodu chce przenieść swoje myśli na papier, bo czuje, że tak trzeba, choć nie chciałbym używać takich wysokich słów jak „natchnienie” czy „powinność”. W człowieku jest coś takiego, co pcha go do pisania, pomimo iż nie będzie miał z tego pieniędzy, bo nigdzie nie jest powiedziane, że książka odniesie sukces. A mimo to pisze. Albo w ogóle pisze i nie myśli o sukcesie komercyjnym. Jeśli pojawi się u nas ktoś taki, to moim zadaniem, jako twórcy i opiekuna tej specjalności, będzie pokazanie mu narzędzi pracy. I nauczenie go, jak posługiwać się nimi przynajmniej na poziomie podstawowym. Fraza, metafora, kompozycja, dialog, opis. Słowo. To są narzędzia w sensie ścisłym. Dostajesz – używając metafory rzemieślniczej – młotek i dłuto, a czy zrobisz z tego zydel czy rzeźbę w rodzaju Dawida Michała Anioła, to jest już twoja sprawa. Pamiętaj jednak, że zgodnie z Arystotelesem sztuka jest najwyższym wymiarem rzemiosła, więc w związku z tym najpierw naucz się robić krzesło, które się nie wywróci, a później bierz się za formy bardziej złożone. Jeśli  na zrobionym przez ciebie krześle da się siedzieć, zrób szafę. Później zaprojektuj dom. A później kreuj świat. To jednak będziesz już robił sam. Bo na tym etapie ja mogę ci już tylko przeszkadzać. Natomiast w sferze tekstów użytkowych studenci nauczą się, jak zbudować tekst, który ma sens i jest kompletny, czyli posiada początek, środek i koniec. Weźmy pod uwagę, że praktycznie każdy pisze w mediach społecznościowych, prowadzi jakiegoś bloga, a wrzucane tam teksty są w przeważającej większości nudne, mętne, nieczytelne i pozbawione jakiejkolwiek formy. Dlatego będziemy chcieli nauczyć, jak zbudować tekst, w którym przekazuje się to, co chce się przekazać, bo ludzie mają z tym spore problemy. Nieumiejętność pogodzenia intencji i formy, niezdolność wyrażenia tego, co się chce wyrazić, jest powszechna. Warto pracować nad zdolnością przekazu, ponieważ może się to przydać w życiu, a zapotrzebowanie na ludzi profesjonalnie potrafiących przekładać myśli na słowa jest wbrew pozorom bardzo duże.

Czy studenci będą mieli okazję spotkać się z pisarzami?

Program, który zaczniemy wdrażać od najbliższego semestru już od samego początku zagwarantuje studentom możliwość pracy z osobami zajmującymi się profesjonalnym układaniem tekstów. Podczas zajęć dotyczących pracy rzecznika prasowego będą mieć kontakt z profesjonalistami, którzy przedstawią im zróżnicowane aspekty swojego zawodu. Z kolei na zajęciach poświęconych związkom twórcy i teatru, które będą odbywać się w tarnowskim teatrze, studenci zobaczą, jak funkcjonuje tekst w jego aspekcie scenicznym. Jak ten tekst jest przekształcany, żeby zaistnieć na scenie. I jak wygląda specyfika takiej pracy. Siłą rzeczy studenci prędzej czy później zetkną się z pisarzami, ale nie na takiej zasadzie, że dojdzie do spotkania z jakimś autorem czy autorką, których trzeba będzie ściągnąć za duże pieniądze, a potem studenci dostaną autograf i nagle sami staną się wielkimi pisarzami. Myślę o kilku czynnych twórcach, których chciałbym w przyszłości zaprosić, ale podkreślam, że w chwili obecnej nie jest to priorytet.

Jak według Pana miasto powinno wspierać lokalnych artystów? Ja odnoszę wrażenie, że ma z tym problem. Widać to na przykładzie młodych muzyków, którzy jeśli sami nie zorganizują sobie występu, to raczej w Tarnowie nie zagrają, więc szukają swojej szansy w Krakowie albo Rzeszowie.

Ja przekornie zapytałbym w Krakowie i Rzeszowie, jak wspiera się takie zespoły. Bo tam najwyraźniej posiadają wiedzę, jakiej brakuje u nas. A mówiąc serio, na pewnym poziomie swojego rozwoju człowiek potrzebuje wsparcia i nie chodzi wcale o jakieś zawrotne kwoty. Podejrzewam, że w przypadku młodych muzyków najważniejszą rzeczą jest zorganizowanie miejsca na próby i możliwość występu podczas jakiejś otwartej imprezy miejskiej, gdzie jest więcej niż pięć osób pod sceną. Przede wszystkim młode zespoły muszą się pokazywać, potrzebują naturalnego podtrzymania, żeby móc potem samodzielnie istnieć. To jest jedna z oczywistości, o których dziwnie się zapomina. A przecież jeśli nie podlewa się kwiatka, to ten kwiatek uschnie. Jeśli ma się psa i się go nie karmi, to efekt będzie taki, jaki będzie. Podobnie jest z młodymi, zdolnymi ludźmi, w tym z muzykami – jeśli nie da im się wsparcia na początek, to rzucą swoja pasję, pójdą do roboty, w której się pogubią, a zbiorowość straci kogoś, kto później może ją wzmacniać. Doskonale rozumieją to zarówno niektóre państwa, jak i miasta, a jeśli się tego nie rozumie, to się potem na tym traci. I mieli się ciągle ten sam materiał, który nie jest ani atrakcyjny, ani młody, bo ta młodość ma już pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat. Albo i więcej.

Zanosi się na zmianę?

Szczerze? Nie wiem. Sytuacja Tarnowa wygląda generalnie tak: na sali w szpitalu leży ciężko chory facet, jest dwóch lekarzy, wiadomo, że temu facetowi trzeba podać silny antybiotyk, bo inaczej umrze, a ci lekarze rozmawiają nad kolorem ścian, czy powinny być zielone czy niebieskie. Gość rzęzi, charczy, a lekarze ustalają w końcu, że jedna ściana będzie zielona, a druga niebieska, ale nie mogą dogadać się, która ma być zielona, a która niebieska. Pacjent dygocze w agonii, a oni za swój sukces uznają to, że biorą kredyt na farbę.

To ironiczna i gorzka, choć trafna diagnoza.

Tak, niestety, wyglądają dyskusje na temat wielu spraw publicznych w naszym mieście. Bez konsekwentnego działania decydentów będzie tylko gorzej. Konsekwencja jest tu pojęciem kluczowym. Podczas kampanii wyborczej mówiło się o potrzebie klubu muzycznego w Tarnowie. Kilku kandydatów szermowało takimi hasłami, wybory minęły i sprawy też nie ma. Jeśli polityk mówi, że coś takiego powinno w mieście powstać, to za słowami muszą pójść czyny, które wyzwolą synergię, a u nas wszystko kończy się na słowach. Na gadaniu. Najgorsze w tym wszystkim są doraźne polityczne gierki, polegające na tym, że ktoś nagłaśnia problem, trwa to przez tydzień, a potem tej sprawy nie ma. Tak jak miało to miejsce w przypadku klubu muzycznego. I nie tylko.

Jak już Pan wspomniał o synergii, to wciąż nie widzę jej również pomiędzy miastem i uczelnią.

Raz na jakiś czas ktoś przyciśnięty do muru wydusi z siebie coś w tej kwestii i w zasadzie na tym kończy się synergia, czyli formalnie ona nie istnieje. Przed wyborami samorządowymi i prezydenckimi wyraźnie powiedziałem, że rozliczę wszystkich kandydatów z tego, jak potraktują kwestię uczelni akademickiej w Tarnowie. Otóż żaden z kandydatów nic poważnego nie powiedział. Żadne ugrupowanie nie podchodzi poważnie do kwestii akademickiego charakteru Tarnowa. Były obietnice bardzo mgliste, bardzo ogólne i były obietnice baśniowe. Z autentycznym, zaprawionym zgrozą podziwem słuchałem o pomysłach wyremontowania dworca w Mościcach na potrzeby a to budowy muzeum, a to jakowegoś centrum nauki a także jednego i drugiego, bo to się zmieniało. Przedwyborcze dywagacje na temat tej kwalifikującej się do wyburzenia rudery pokazują poniekąd rozpacz, w jakiej znajduje się to miasto.

Jakie są Pana postulaty?

Przede wszystkim realizm. Osoby rządzące Tarnowem snując swoje baśniowe narracje nie dostrzegają konieczności budowania żywotnych instytucji, które w mieście należy stworzyć i podtrzymywać, bo to one zagwarantują przetrwanie miasta. Do takich instytucji zalicza się uczelnia. Dodam, dla jasności: nie uczelnia zawodowa, ale uczelnia akademicka. Zaklinanie rzeczywistości mści się w sposób bezlitosny. Młodzi ludzie uciekają z Tarnowa. Bezpowrotnie. W związku z tym ci młodzi ludzie dojrzewają i starzeją się poza Tarnowem. A ich dzieci już w ogóle o Tarnowie nie myślą. Ile razy trzeba powtarzać, że jednym z najsilniejszych magnesów przyciągających młodych ludzi jest wyższa uczelnia? Tymczasem słyszy się argumenty, że Tarnów jest za mały, lepiej dojechać do Krakowa, bo wyższa uczelnia akademicka może istnieć tylko w wielkiej aglomeracji, co jest kompletną bzdurą. Zachodnie uczelnie funkcjonują w ten sposób, że są lokalizowane w miastach wielkości Tarnowa. W Cambridge łącznie ze studentami mieszka 129 tysięcy ludzi, a jest to miasto z gigantycznym, legendarnym ośrodkiem akademickim. Zatem co stoi na przeszkodzie, żeby coś takiego zrobić w Tarnowie? Oczywiście Tarnów nigdy nie stanie się Cambridge, ale jest miastem średniej wielkości, z dużą tradycją, mającym wszelkie predyspozycje do posiadania akademii. Niestety ta kwestia jest omijana, a podejmowane są tematy zastępcze, dyskutuje się o bzdurach, a czas ucieka.

A co w takim razie ze studentami z ościennych miejscowości?

Dla mieszkańców ościennych gmin Tarnów nie przedstawia w tej chwili żadnej oferty na poziomie akademickim i traci na tym naprawdę wiele. Ja w tych ludziach upatruję źródło rewitalizacji Tarnowa, więc pytam, co stoi na przeszkodzie, żeby mogli tutaj uzyskiwać wyższe wykształcenie, a później, jeśli tylko chcieliby, doktoryzować się? Póki co są traktowani per nogam, miasto nie dostrzega ich potencjału w kontekście własnego rozwoju. Ja uczyłem również na Uniwersytecie Jagiellońskim, lata temu, kiedy PWSZ nie oferowała studiów drugiego stopnia, więc studenci uzupełniali studia w Krakowie. I proszę sobie wyobrazić, że profesorowie wybierali sobie grupy z Tarnowa, bo były dużo lepsze od tych wykształconych na tamtejszej uczelni. Jeśli ktoś pochodzi z mniejszego ośrodka, to nie znaczy, że mniej potrafi. Często zdarza się, że osoby ze wsi są bardziej pracowite niż nierzadko rozbestwione dzieciaki z miasta. W mniejszych miejscowościach jest większa dyscyplina, ktoś może studiować dopiero wtedy, kiedy upora się z obowiązkami domowymi, a nie ukrywajmy, że wyjazd na uczelnię jest dla niego szansą na wyrwanie się i osiągniecie czegoś więcej.

Proponuje Pan jakieś rozwiązania praktyczne?

Tak. W obszarze, o którym mówimy jest to zaproszenie do współpracy wójtów ościennych gmin. I to nie współpracy pokazowej, ale konkretnej. Jeśli zostanę rektorem, jedną z moich pierwszych propozycji, którą przedstawię Senatowi – bo zamierzam ściśle współpracować z Senatem – będzie oferta nawiązania współpracy z gminami w zakresie dostosowania pewnych aspektów programowych oraz promocji wyższej uczelni w Tarnowie. Podam przykład: podpisujemy z gminą porozumienie i dzięki tej współpracy możemy przewidzieć ilu uczniów wybierze konkretny kierunek, ponieważ dysponujemy odpowiednimi danymi ze szkół, na które odpowiadamy konkretnymi ofertami programowymi. Nie wspominam o promocji czy klasach patronackich w szkołach nadzorowanych przez gminy. Oczywiście możemy dać również oferty socjalne czy zapomogowe, ale przede wszystkim musimy stworzyć mocną, opartą na wzajemnym porozumieniu i zrozumieniu ofertę dydaktyczną. Oczywiście, jak zawsze, jesteśmy otwarci na absolwentów szkół tarnowskich, ale przyciągnięcie do miasta młodych ludzi z ościennych gmin i ścisła współpraca z wójtami jest moim zdaniem kwestią strategiczną. Zwłaszcza, jeśli poważnie myślimy o aglomeracji. A czy istnieje mocniejsze spoiwo takiej aglomeracji  niż solidna uczelnia akademicka?

Urząd Miasta Tarnowa ogłosił konkurs na zagospodarowanie terenu Parku Niepodległości na Górze św. Marcina. Co według Pana mogłoby tam powstać?

Proponuję stworzenie tarnowskiego parku obietnic.

To znaczy?

Wszystko, co politycy obiecywali podczas ostatniej kampanii wyborczej. Na Górze św. Marcina w pierwszej kolejności należy postawić Instytut Współpracy Polsko-Węgierskiej, który już prawie jest nasz, zaraz obok należy wybudować Urząd Marszałkowski, który już prawie jest w Tarnowie. Następnie Wydział Lekarski, który niedawno obiecywano, a powoli należy rozpocząć wycinkę krzaków pod wieżowiec, który był reklamowany jako korpo dla młodych.

Innymi słowy, ma Pan zastrzeżenia.

Owszem. Zarówno co do obietnic jak i co do działań, które ma przykryć fakt, że obietnice pozostają obietnicami. Bo przecież to nie jest jedyny konkurs. Miasto ma ponad pół miliarda długu i ogłasza kolejne konkursy z nagrodami. Jest również konkurs dla osób odprowadzających podatki w Tarnowie. Jeśli ktoś będzie się tutaj opodatkowywał, to może wygrać samochód. Ja chciałbym otwarcie zapytać, czy na ten samochód, który będzie nagrodą główną, miasto też weźmie kredyt? Jest to skądinąd kolejne mydlenie oczu, bo pamiętam, że podczas kampanii wyborczej obecnie rządzący twierdzili, że miasto się wcale nie wyludnia, a teraz się okazuje, że jednak się wyludnia, więc robią konkurs i dają dziesięć rowerów i samochód. Takie działania są absurdalne, oczekuję, podobnie ja większość mieszkańców, rozwiązań systemowych, a nie tego, że obieca się komuś loda na patyku.

W ostatnim czasie w mediach społecznościowych pojawiają się spory dotyczące rzeczy nieistotnych dla miasta. Wystarczy wspomnieć pomysł Koalicji Obywatelskiej odnośnie stworzenia w Tarnowie najpierw ulicy, a potem ronda im. tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska. Niedawno zaistniał spór wokół kawiarni Cafe Tramwaj znajdującej się na Placu Sobieskiego. Nie odnosi Pan wrażenia, że przez tego typu spory brakuje w Tarnowie miejsca na dyskusje o sprawach ważnych w kontekście rozwoju miasta?

Jeśli chodzi o rozmaite wydarzenia po morderstwie, o którym Pan mówi, to źle się dzieje, że na autentycznej tragedii niektórzy politycy próbują robić doraźne polityczne interesy. Inna sprawa, że tarnowianie zidentyfikowali rzecz bezbłędnie i pomysł już przestał istnieć. Choć niesmak pozostał. Co do – by tak rzec – afery tramwajowej, to mniej więcej wiadomo, o co chodzi w tej pyskówce, bo nie można tego nazwać debatą. Doszło do przepychanki pomiędzy dwoma panami i teraz robi się z tego przedmiot rzekomej debaty publicznej. Oczywiście ludzie się do tego włączają, bo miała miejsce niesprawiedliwa ocena jednego z lokali przez kogoś, kto jest związany z lokalem drugim. Generuje to polityk samorządowy, który nie ma na koncie większych sukcesów, a naobiecywał bardzo dużo. Cała ta zabawa jest napuszczaniem na siebie ludzi pod pozorem troski o miasto. Robienie z tego sporu pomiędzy tarnowianami wynika z cynizmu, nieudolności politycznej i jest klasyczną manipulacją. Kawiarnia jest i będzie, jedna i druga.  My rozmawiamy w kawiarni trzeciej. We wszystkich trzech jest bardzo dobra kawa, a są jeszcze inne lokale w Tarnowie, gdzie można dobrą kawę wypić. Wiem o tym, bo raz na jakiś czas bywam w tych lokalach. Prawda jest niestety taka, że lokalni politycy takim zachowaniem potwierdzają, że nie mają kompletnie nic do powiedzenia. Miasto jest w zasadzie niewypłacalne, ma ponad pół miliarda długu, więc właśnie po to, żeby uniknąć merytorycznej dyskusji o faktycznych problemach miasta, osoby nim rządzące generują wirtualne spory, które trwają tydzień, a potem odchodzą w zapomnienie. Mam dla nich złą wiadomość. Ich infantylny cynizm coraz gorzej zakrywa nieudolność i bezradność. I to widać.

Niebawem premiera Pana kolejnej książki, w której znajdą się stare teksty. Skąd taki pomysł?

Książka Nie będzie lata jest wyborem moich tekstów z ostatnich dwudziestu lat. Za swój debiut krytyczny uważam tekst opublikowany w „Arcanach” w 1997 roku, a była to recenzja książki Przez rzekę Andrzeja Stasiuka. W 2000 i 2001 roku napisałem dwie powieści, wtedy też współpracowałem z „Dekadą Literacką” i – przede wszystkim – pracowałem w „Tygodniku Powszechnym”. Teksty z tych czasopism stanowią jedną część książki, druga to pomniejsze prace naukowe, których nie włączyłem do tomów monograficznych. Doszedłem do wniosku, że je opublikuję, bo niedługo mogę uznać, że z tymi tekstami nic mnie już nie łączy, a trochę szkoda by było. Kiedy przeczytałem je po latach okazało się, że są lepsze niż się spodziewałem. Ułożyłem z nich zbiór posiadający pewien wspólny mianownik. Tytuł nawiązuje do wiersza Nie było lata Stanisława Grochowiaka, o którym napisałem swój doktorat. Jest pora narodzin, jest pora śmierci, ale w środku nie ma tego, co witalne, radosne. Jeśli popatrzę na to, co piszę z takiej perspektywy, okaże się, że rzeczywiście nie ma u mnie lata.

Nie kusi Pana napisanie trzeciej powieści?

Uważam, że w życiu można napisać jedną, góra dwie dobre książki, a wierszy dziesięć albo dwadzieścia. Jak już mam coś napisać, to chciałbym żeby było to naprawdę dobre, więc na razie nigdzie się nie spieszę. Mam ochotę wrócić do prozy i nie wykluczam, że będzie to kryminał.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Krystian Janik