Pod bacznym okiem kompozytora Wiktora (Tomasz Kot) i nauczycielki tańca Ireny (Agata Kulesza) prezentują się chłopcy i dziewczęta. W uszach dwuosobowego gremium, wspomaganego chytrym spojrzeniem aparatczyka, rozbrzmiewają ludowe pieśni i przyśpiewki. Wtedy pojawia się Zula (Joanna Kulig) – piękna i charyzmatyczna, w której życiorys wpisana jest ponoć zbrodnia. W polskim repertuarze prezentuje się gorzej niźli śpiewająca z nią dziewczyna, ale jej rosyjska pieśń zaciekawia przesłuchujących, szczególnie Wiktora. Obydwoje nawet nie podejrzewają, że ich losy splecie nierozerwalna nić.
Polska wkracza w lata 50. Partia komunistyczna ściska naród w kleszczach donosicielstwa i utopijnego systemu, w którym ucisk klasowy zostaje zastąpiony wspólnotowym podziałem dóbr. Kaczmarek w zgodzie z nieograniczonym duchem stalinizmu doczepia do repertuaru „Mazurka” ideologię. Zespół opuszcza Irena, a Wiktor przedstawia Zuli plan ucieczki do Francji, po zakończeniu koncertu w NRD. Jednakże jego wybranka nie pojawia się w umówionym miejscu. Załamany artysta wyrusza w samotną podróż do lepszego (tylko dla kogo?) świata. Tak właśnie rozpoczyna się ich zimnowojenna „Casablanca”.
Życie w Paryżu toczy się w wypełnionych papierosowym dymem i jazzowymi standardami barach. Wiktor wygląda niczym postać wyrwana z prozy Marka Hłaski. Ongiś świetny kompozytor, którego karierę przerwała nieszczęśliwa miłość, przygrywa na pianinie w paryskiej knajpie, a nocą snuje się po bulwarach. Widmo jego niespełnionej miłości pojawia się i znika. Zula odwiedza Wiktora w Paryżu i wywraca do góry nogami jego życie. Zamiast namiętnego romansu obserwujemy huśtawkę nastrojów dziewczyny i apatię jej kochanka. Ścieżki niespełnionych kochanków przecinają się na mapie Europy objętej zimną wojną, aczkolwiek narracja filmu nie daje nam pewności, czy nie doszło pomiędzy nimi do innych, niewidocznych na ekranie spotkań.
Paweł Pawlikowski stworzył obraz kameralny, uniwersalny i przede wszystkim dopracowany w najmniejszych detalach. W niespełna 90-minutowej opowieści zmieścił piętnaście burzliwych lat życia Wiktora i Zuli. Kochankowie wpadają na siebie w nowofalowej Francji, socjalistycznej Jugosławii i komunistycznej Polsce. Od sceny ucieczki Wiktora z NRD fabuła schodzi na drugi plan, albowiem spotkania spóźnionych kochanków taśma filmowa przemiela od zarania dziejów. Jednakże Pawlikowski bawi się konwencją wpisując w „Zimną wojnę” prywatną retrospekcję swoich filmowych inspiracji i podobnie jak Woody Allen, który w „Złotych czasach radia” przypominał swoje ukochane audycje radiowe, składa hołd swoim ulubionym twórcom kina.
„Zimna wojna” ociera się również o surowe kino Ingmara Bergmana i metafizyczne ujęcia Andrieja Tarkowskiego. Jest to efekt niesamowitych zdjęć Łukasza Żala, który po raz kolejny udowodnił, że zasługuje na miano jednego z najlepszych operatorów współczesnego kina.
Istnieje realna szansa, że „Zimna wojna” powtórzy oscarowy sukces „Idy”. Jednakże również ścieżka dźwiękowa z kapitalnymi aranżacjami Marcina Maseckiego powinna zostać doceniona i pokryć się platyną.
„Zimną wojnę” obejrzałem w kinie CINEMA3D w Galerii Tarnovia w Tarnowie.
Krystian Janik
Zwiastun:
Przypis: Pierwszy człon tytułu „Na naszych mapach nie ma ciepłych stref” jest cytatem z piosenki „Arktyka” Republiki pochodzącej z albumu „Nowe sytuacje” (1983). Autorem tekstu jest Grzegorz Ciechowski.
Duży sukces tarnowskich koszykarzy. Po wielu latach tułania się w trzeciej lidze, wracają na szczebel…
Ze wszystkich dyscyplin sportu w Tarnowie w najwyższej klasie rozgrywkowej rywalizują tylko żużlowcy. Niewykluczone jednak,…
Słoneczna aura wręcz zachęca, by wyjść z domu i pójść na spacer albo wsiąść na…
W tym roku maj jest miesiącem należącym do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej, która znalazła się…
Miło jest nam poinformować, że po wielu tygodniach wytężonego wysiłku i prac rzeszy oddajemy wreszcie…
23 kwietnia podczas Gali 32. Tarnowskiej Nagrody Filmowej odbyła się prezentacja filmu Najlepszy w reżyserii…