Siedem lat temu napisałaś książkę o prozie Stefana Grabińskiego. Czy ów autor wciąż pozostaje w ciemnych obszarach niepamięci?
Z przyjemnością mogę powiedzieć, że o Grabińskim pisze i mówi się więcej. Grabińskiego się czyta. „Ciemne terytoria” były pierwszą od czasów publikacji Artura Hutnikiewicza z roku 1959, monografią tematyczną poświęconą twórczości autora „Demona ruchu” cieszącą się zainteresowaniem zarówno w środowisku naukowym, jak i na konwentach fantastyki. Grabiński wyszedł z niszy naukowego zainteresowania, ostatnie lata przyniosły spore jak na fantastykę polską zainteresowanie jego tekstami, także tymi dotychczas niepublikowanymi. To zasługa pasjonatów jego twórczości. Grabiński ma się całkiem nieźle na internetowych forach grozy, coraz więcej osób interesujących się horrorem sięga po jego opowiadania. To ostatnie wiąże się z faktem wznawiania jego utworów, a co za tym idzie ich dostępnością. Można powiedzieć, że Grabiński z obszarów niepamięci został wydobyty, mam nadzieję, że tam nie powróci. Dodam, że w tym roku, w związku z wyczerpaniem nakładu „Ciemnych terytoriów” ukazało się drugie ich wydanie, uwzględniające bibliograficznie teksty naukowe o Grabińskim, które ukazały się od pierwszego wydania. Niemniej jednak zasadnicza myśl pozostała niezmienna – w swojej książce starałam się pokazać, że jest to przede wszystkim pisarz, dociekający czym jest człowiek i jakie jest jego miejsce w świecie. W jego prozie widoczne są zarówno niesamowitości związane z ludzkim istnieniem, jak i różne nieludzkie byty, które nierzadko budzą przerażenie.
Ja po raz pierwszy z Grabińskim zetknąłem się poprzez płytę „…Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach” Kata, której tytuł był cytatem z noweli „Przypadek”. Później w antykwariacie znalazłem „Opowieści niesamowite” Grabińskiego z serii „Stanisław Lem poleca”.
Wybór opowiadań Grabińskiego jest jedną z lepszych książek z serii „Stanisław Lem poleca”. Zawiera najciekawsze utwory autora „Salamandry”, w tym „Szary pokój”, który uważam za jedno z bardziej niepokojących opowiadań Grabińskiego. Wybór tekstów ukazuje pisarza jako twórcę grozy zainteresowanego tym, co nierzeczywiste. Na marginesie można dodać, że Lem, czołowy polski fantasta, w swoim posłowiu z 1975 roku, oprócz takiego odczytania mistrza horroru, analizuje „Kochankę Szamoty” przez pryzmat literatury produkcyjnej. Co dzisiaj może budzić spore zaskoczenie i pokazuje, że interpretacje uzależnione od konkretnych czasów, mogą się dewaluować.
Pamiętasz jakieś ekranizacje utworów Grabińskiego?
Tak, pamiętam, ekranizowano różne jego utwory, chociażby „Dom Sary” czy „Ślepy tor”. Wydaje mi się jednak, że jego twórczość zbyt dużo traci w kontakcie z dziełem filmowym, ponieważ jej plastyczność jest niemożliwa do przeniesienia na ekran. Grabiński zdecydowanie bardziej przemawia do mnie pisarsko.
W 1927 roku Leon Trystan zekranizował „Kochankę Szamoty” Grabińskiego. Podobno przy filmie pracował sam autor. Niestety nie zachowała się żadna kopia.
Grabińskiego ciekawiło, co dzieje się z jego tekstami. Jego biografia potwierdza, że nieustannie śledził ich los. Słynne są jego spisywania nazwisk osób, które inspirowały się jego tzw. „kolejowymi opowiadaniami”. Z jednej strony był dumny z posiadania naśladowców, zaś z drugiej dostrzegał w tym niekiedy zbyt mocną inspirację, a nawet kradzież jego pomysłów. Zaginięcie pierwszej ekranizacji „Kochanki Szamoty” było owiane tajemnicą. Ale czy rzeczywiście ta kopia zaginęła? Pewnie kryje się gdzieś w tajemnicy świata i podejrzewam, że to zaginięcie mogłoby się Grabińskiemu spodobać.
Przed dwoma laty to samo opowiadanie jako scenariusz filmowy wykorzystał również Adam Uryniak. Film był nagradzany na festiwalach w Huston i San Jose na Kostaryce. Dotarł nawet do Bangkoku. W Polsce film można było obejrzeć na festiwalach lub konwentach. Czy polskie kino gatunkowe wyjdzie kiedyś poza wąskie grono odbiorców?
Raczej nie. Najprawdopodobniej wynika to z różnic kulturowych, a także trochę z obawy związanej z niszowością gatunku. Polskie kino unika horrorów, a jeśli jakiś się pojawi, to wygląda kiczowato. Najnowsza ekranizacja „Kochanki Szamoty” jest dobrym filmem, ale skierowanym do widza wysublimowanego, znającego Grabińskiego i potrafiącego odczytać konteksty. Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, żeby jakikolwiek polski horror odniósł komercyjny sukces na miarę choćby azjatyckiego kina grozy.
Ja liczyłem, że gatunkowy niedosyt nasyci „Demon” Marcina Wrony. Jednakże tak się niestety nie stało, pomimo iż film miał do tego odpowiednie narzędzia.
Często się zdarza, nie tylko w polskim kinie, że filmy, które budzą pewne nadzieje w odbiorcach danego gatunku, przynoszą rozczarowanie. W tym przypadku chyba właśnie tak się stało.
„Demonowi” chyba zaszkodziły porównania do „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego.
Myślę, że tak. Niestety mamy straszną tendencję do porównywania. Czasami takie zestawienia bywają pomocne, a czasami stają się przysłowiowym gwoździem do trumny.
Na fali wznowień twórczości Grabińskiego pojawiły się również zapowiedzi tłumaczeń m.in. na czeski, angielski czy japoński. W świecie Grabińskiego groza buchała z lokomotywy parowej czy migotała w lampie elektrycznej. Z kolei np. w japońskim „Ringu” strach szeleści na taśmie kasety VHS. Czy wytwory cywilizacji straszą równie skutecznie jak duchy w klasycznym ujęciu?
U Grabińskiego wszelkiego rodzaju duchy i złe moce zostają ucieleśnione w czymś, co staje się symbolem nowoczesności, czyli w kolei. Nie omijają opustoszałych miejsc, miejsc złych, które kumulują energię pozytywną i negatywną. To podobieństwo można dostrzec również w azjatyckim kinie grozy. Oczywiście źródła są różnie, aczkolwiek warto wspomnieć, że sam Grabiński interesował się przecież orientalizmem. Na płaszczyźnie kina azjatyckiego nowoczesność wzbudza zachwyt i przerażenie. Tamtejsze horrory można rozpatrywać w perspektywie socjologicznej – lęków związanych z przeszłością i przyszłością, także tych cywilizacyjnych i przypływających z Zachodu. Dla Azjatów inspirująca jest też tradycja, różne podania, mity, baśnie. Nie ma tego w polskim kinie. Trudno sobie wyobrazić, żeby zrobiono horror na podstawie np. „Świtezianki” Adama Mickiewicza czy rodzimych legend. W azjatyckim kinie grozy jest to na porządku dziennym.
Azjatyckie kino grozy największą popularność zyskało na początku XXI wieku. Skośnookie zjawy szybko przeniknęły do amerykańskich remake’ów. Co było wyznacznikiem takiego stanu rzeczy?
Remaki zawsze wiążą się z ryzykiem, że nie dorównają pierwowzorowi. W przypadku próby przełożenia azjatyckich horrorów na środowisko zachodnie odnotowano, moim zdaniem, jeden wyjątek zaprzeczający regule, że oryginał jest zawsze lepszy. Idealnym remakiem jest „The Ring” z 2002 roku w reżyserii Gore’a Verbinskiego, który otworzył azjatyckiemu kinu grozy furtkę do amerykańskiej popkultury. Verbinski bezbłędnie oddał klimat japońskiego „Ringu” Hideo Nakaty z 1998 roku. W prawdzie pewne rzeczy zostały w nim pominięte, spłycone i zaadaptowane na potrzeby kina amerykańskiego, ale równocześnie ocalono subtelność horroru japońskiego, a wraz z nią wszystkie niedopowiedzenia i swoisty nastrój niepokoju. To, co udało się Verbinskiemu, było jednorazowe. Inne remaki, jak choćby wschodnioazjatyckiego „The Eye” braci Pang, spotkały się z brakiem zrozumienia twórców, którego efektem było kompletne spłycenie. Jessica Alba niestety nie pasuje do mrożącej krew w żyłach opowieści z Hongkongu.
Nie odnosisz wrażenia, że fascynacja skośnookim strachem jest na skraju wyczerpania?
Można powiedzieć, że źródełko nieco się wyczerpało. Wybuch azjatyckiego kina grozy nastąpił, jak wspomniałeś, na początku XXI wieku. Można by się zastanawiać dlaczego akurat wtedy, ale jest to temat na dłuższą rozmowę. W tej chwili każdy, niekoniecznie fan horrorów, rozpoznaje czarnowłosą dziewczynę wychodzącą z ekranu telewizora. A przecież będąca nośnikiem ducha kaseta wideo dla współczesnego widza jest archaizmem. I właśnie to jest fenomenem „The Ring” – my oglądając dzisiaj ten film odczuwamy strach, pomimo iż trudno byłoby uświadczyć magnetowid, żeby odtworzyć taśmę. Remaki oczywiście ciągle się pojawiają, ale odcinają kupony od pierwowzorów. W najbliższym czasie mają pojawić się nowe historie związane z Sadako i muszę przyznać, że trochę boję się tego oglądać. Zresztą niedawno, bo w 2016 roku, powstał dosyć ciekawy z punktu widzenia połączenia dwóch filmów japoński horror „Sadako vs Kayako”, opowiadający o duchach z „Ringu” i „Klątwy”. Jedyną interesującą sceną, pomijając powtarzalność pozostałych, jest moment, kiedy bohaterka wchodzi do pokoju i widzi telewizor, w którym jest wyświetlany fragment filmu z Sadako.
Niebawem w STARnowa.tv wystartuje Twój autorski program, w którym będziesz opowiadać o książkach. Czy znajdzie się w nim również miejsce dla literatury grozy?
Program „Spotkanie z książką” jest nastawiony na pokazanie dialogu pomiędzy literaturą a czytelnikiem. Będę prezentowała w nim książki, które najbardziej mnie fascynują, ale jestem też otwarta na propozycje widzów. Z pewnością któryś z odcinków będzie poświęcony literaturze grozy, zarówno polskiej jaki i obcej. Na pewno nie pierwszy, żeby nie przestraszyć widzów. (śmiech)
Czyli od Stefana Grabińskiego do Stephena Kinga? (śmiech)
Oczywiście!
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję również.
Krystian Janik
Duży sukces tarnowskich koszykarzy. Po wielu latach tułania się w trzeciej lidze, wracają na szczebel…
Ze wszystkich dyscyplin sportu w Tarnowie w najwyższej klasie rozgrywkowej rywalizują tylko żużlowcy. Niewykluczone jednak,…
Słoneczna aura wręcz zachęca, by wyjść z domu i pójść na spacer albo wsiąść na…
W tym roku maj jest miesiącem należącym do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej, która znalazła się…
Miło jest nam poinformować, że po wielu tygodniach wytężonego wysiłku i prac rzeszy oddajemy wreszcie…
23 kwietnia podczas Gali 32. Tarnowskiej Nagrody Filmowej odbyła się prezentacja filmu Najlepszy w reżyserii…